15/07/2025
Czy to był najdłużej broniony magister? Zapewne nie. Jednak kurzu na otwartych stronach tej książki nazbierało się wiele.
Moja historia ze studiami magisterskimi zajęła dużo czasu - to fakt niepodlegający dyskusji. Pierwsze studia - filozofia - ukończyłam w roku 2013. Tytułu nie było, bo praca przepadła wraz z awarią komputera. Choć po czasie udało się odzyskać część odczytanego rękopisu, nie miałam już chęci wracać do tego tematu. Reaktywacja po jakimś czasie? Jasne, próbowałam, ale moja głowa poszła inną drogą. Edytorstwo średniowiecznych rękopisów zostało odstawione na mentalną półkę z wystawką życiowych doświadczeń.
Z ciekawości z koleżankami poszłam na siłownię - zawsze byłam aktywnym dzieckiem, a tylko parę lat wczesnej dorosłości jakoś tak “oklapłam”. Odżyła dawna radość z ruchu, zostałam. Z czasem z hobby zrodziła się pasja. Zaczął się nowy etap w doskonaleniu siebie. Uniwersytet Śląski zamieniłam na Katowicki AWF, gdzie zrobiłam dwa kierunki podyplomowe (trener osobisty, żywienie i suplementacja), ale czułam, że to nadal mało. Zapisałam się na zaoczne studia magisterskie z wychowania fizycznego.
W międzyczasie w pracy rozwijałam się w ekspresowym tempie. Każdy wolny weekend od studiów spędzałam na szkoleniach, aż w końcu sama zaczęłam pomagać jako szkoleniowiec uzupełniający. Studia odeszły na drugi plan. Choć zaliczyłam wszystkie semestry, zabrakło czasu i chęci na pisanie pracy i tak w 2017 roku drugi magister został odłożony na półkę spraw niedokończonych. Gdzieś po drodze założyłam działalność, pracowałam na swój rachunek przez parę lat, aż w pandemii stwierdziłam, że chcę mieć swoje miejsce, swój kawałek podłogi. Droga była usłana wieloma wybojami, ale zrobiłam to! Nie sama, bo z pomocą mnóstwa cudownych osób, a w tym oczywiście mojego niezastąpionego Radka.
Studio, Twoje Studio Treningu, działało już całkiem nieźle 2 rok. Poczułam potrzebę dokończenia choć części rzeczy z półki spraw niedokończonych. Padło na trzy litery: mgr. Zapisałam się, poszłam. W pierwszym semestrze miałam wiele chwil zwątpienia - czasu przy zarządzaniu studiem, organizacji pracy innych trenerów i swojej, pracy marketingowej (na której wciąż czuję, że kompletnie się nie znam), wciąż brakowało. A gdzie tam do studiowania… I to dziennie. Tak, co mi strzeliło do głowy, żeby studiować dziennie? To temat na osobny post... Udało się przetrwać. Studiowałam, pracowałam, szkoliłam się weekendowo. I co? I znów zapomniałam o jednym drobnym szczególe: wyznaczyć czas na pisanie pracy. Temat już miałam, badania zrobione, tylko napisać trzeba… Napisać - moja Nemezis. Napisać post? Jasne. Napisać pracę po tym, gdy tę fajną, ciekawą część już ma się zrobioną? Kill me. Toż to tortura! Bogata w dwukrotne negatywne doświadczenie nie mogłam się pozbyć myśli: nie dam rady.
Nowa terapia pod kątem ADHD przyniosła jednak efekty. Niee, nie myślcie, że zajęłam się wszystkim od razu i stopniowo pisałam krok po kroku. Klasycznie: zostawiłam pisanie na ostatni moment. Lecz tym razem coś było inaczej, tym razem pisałam. Tak! Z wiszącym na karku “nie zdążysz”, ale pisałam! Każda strona, każdy akapit był jak kolejny krok Sama, który sprawiał, że był dalej od Shire niż kiedykolwiek wcześniej. Pisałam i pisałam, aż… skończyłam! Nie bez błędów (Automatyczne zrzucanie wdów - a niech cię szlag za zmianę wszystkich “w” na małe litery!) i z niedopracowanymi fragmentami, ale oddałam pracę na czas.
Tydzień oczekiwania na obronę był jednym z bardziej stresujących w moim życiu. Nie dlatego, że obawiałam się jej wyniku. To był tydzień kumulujący stres oczekiwania na tę chwilę od 2013 roku. Sama obrona poszła szybko - z dokumentem potwierdzającym ukończenie studiów byłam na zewnątrz po 9 minutach, a zdążyłam wręczyć wszystkim członkiniom komisji kwiaty i podziękować. Po niej nadeszło ogromne zmęczenie. Zmęczenie, którego nie czułam nigdy wcześniej. W miejscu, gdzie powinna pojawić się wielka radość, ja poczułam jedynie ulgę: mam to w końcu za sobą.
Minął ponad tydzień, a ja dopiero odżywam i dociera do mnie, że ten etap jest już skończony.
Nie jestem trzeci raz “prawie-magistrem”.
Zrobiłam to. Doczytałam do końca i zamykam otwartą, kurzącą się przez lata książkę. Mogę odstawić ją teraz na półkę z wystawką: sprawy zakończone.
Jestem dumna z siebie? Chyba tak... Ej, no tak.
Jestem z siebie dumna!