06/07/2026
Kulturalny GPS. Chromosom X.
Mówią, ze każda historia ma swojego narratora.
Bywa i tak, że warto opowiedzieć ją dwa razy- głosem człowieka i głosem, którego człowiek nie słyszy…
Dwie strony zauroczenia.
I.
Nigdy nie wierzyłam ludziom, którzy twierdzą, że horyzont jest prostą linią. Horyzont nie jest linią. Jest obietnicą. Może dlatego od tysięcy lat człowiek idzie w jego stronę, choć dobrze wie, że nigdy do niego nie dotrze. Nie po to przecież istnieje horyzont, by dał się osiągnąć. Istnieje po to, by człowiek nie przestawał wędrować. Potrzebujemy w życiu czegoś, czego nie można do końca wyjaśnić ani posiąść. Tajemnicy. To ona każe nam wracać do tych samych miejsc i odkrywać je na nowo, jakby krajobraz zmieniał się nie pod wpływem pór roku, lecz naszego własnego dojrzewania.
Czas na Pałukach nie spieszy się. Krąży. Zawraca nad taflą jezior, przysiada na lipowej gałęzi, zagląda do stodół pachnących drewnem i zbożem. Na Pałukach ma się wrażenie, że nie tylko człowiek pamięta przeszłość. Pamięta ją przede wszystkim ziemia.
To stara kraina. Starsza od średniowiecznych legend, starsza od zamków i kronik. Wystarczy wspomnieć Biskupin, miejsce, gdzie z drewna, błota i wody zbudowano nie tylko osadę, lecz także pamięć. Tutaj historia nie mieszka za muzealną szybą. Oddycha. Dla jednych ma zapach stęchlizny, dla innych mokrej trawy, czasem dojrzewającego zboża, a czasem budzi się w melodii, której nikt nie zapisał, choć wszyscy zdają się ją pamiętać.
Mówi się, ze ziemia długo pamięta kroki tych, którzy po niej chodzili. Jeśli to prawda, pałucka ziemia nosi w sobie pamięć dawnych osadników, wędrownych muzykantów, kobiet śpiewających podczas żniw, dzieci wsłuchanych w wieczorne baśnie.
W samym sercu tej krainy leżą Studzienki i Gacówka Pałucka. Miejsce żyjące na co dzień spokojnym rytmem wsi zamieniło się na chwilę w świątynię. CHROMOSOM X nie mógł wydarzyć się nigdzie indziej. W świecie zmęczonym błyszczącymi festynami, kulturą masową pakowaną w plastik, Gacówka Pałucka przypomina, że sztuka nie potrzebuje marmurowych galerii i teatralnego pluszu. Wystarczy stodoła pachnąca drewnem, kilka odważnych kobiet i krajobraz, nad którym czuwa Matka Ziemia.
Ona też jest kobietą. Nie przekonuje o swojej sile. Po prostu rodzi. Milczy. Czeka. Wie, że wszystko, co naprawdę trwa, dojrzewa powoli, wymaga cierpliwości, uwagi i dobroci.
Tamtego wieczoru najmocniejszym słowem okazał się horyzont.
Był tematem wystawy, ale szybko przestał być tylko motywem artystycznym. Coraz bardziej przypominał mi sam chromosom X. Obydwa istnieją przecież przede wszystkim przez to, czego nie widać. Horyzont nigdy nie pozwala się dotknąć. Chromosomu nie dostrzegamy gołym okiem. A jednak oba cierpliwie prowadzą człowieka. Jeden przez krajobraz, drugi przez pokolenia. Jeden niesie obietnicę drogi, drugi- pamięć życia. Najważniejsze rzeczy rzadko bywają widoczne.
Najpierw zabrzmiał koncert Adrianny Rychwalskiej, która przemawia nie tylko głosem, lecz także prawdą swoich tekstów. Nie próbują olśniewać ani przekonywać na siłę. Są jak rozmowa z kimś, kto nie boi się ciszy pomiędzy zdaniami. Kiedy śpiewała "Mamy na to czas", uwierzyłam jej bez zastrzeżeń. Bo na Pałukach czas naprawdę przestaje być prostą linią. Zatacza kręgi. Wraca. Przechodzi z matki na córkę, z głosu na głos, z pamięci do pamięci.
Jej zespół nie potrzebował efektowności. Wszystko było dokładnie tam, gdzie być powinno. Gitarzysta z niezwykłym wyczuciem budował przestrzeń dla tej opowieści, nigdy nie wychodząc przed nią, a skrzypce potrafiły jednym dźwiękiem powiedzieć więcej niż niejeden długi monolog. Muzyka płynęła lekko, wdzięcznie zapadając w serce.
Potem przyszła pora na wystawy Justyny Permus-Sałańskiej i Małgorzaty Niedzielskiej. Podwórko i stara stodoła na kilka godzin stały się galerią. Nie taką, do której wchodzi się na palcach. Raczej taką, która zaprasza człowieka do środka jak dawnego znajomego. Taką, w której pulsuje błękitne serce- kawałek nieba na kształt ludowej wycinanki. Patrzyłam na fotografie i z minuty na minutę coraz mniej interesowało mnie to, co zostało pokazane. Znacznie bardziej fascynowało mnie to, czego artystka świadomie nie odsłoniła. Nagość pozostawała poza kadrem, obecna jedynie w domyśle. Jak horyzont. Istniała właśnie dlatego, że nie można było jej dosięgnąć wzrokiem. Ciało stawało się tajemnicą, a tajemnica - najpiękniejszym strojem człowieka.
Horyzonty porozstawiane na sztalugach zdały się wpisywać w całość krajobrazu, ludzie przystawali na chwilę, zatapiali w nich oczy jakby szukali własnych historii. One były tam obecne, choć przecież były artystyczną wizją ujętą subtelnie w barwy i światło. Całość wpisała się w historię o kobietach w bardzo wdzięczny sposób opowiedzianą przez Joannę.
Wieczór nie miał zamiaru się skończyć. Powoli osuwał się z koron drzew, osiadał na ramionach ludzi i z niezwykłą cierpliwością wypuszczał w niebo kolejne latawce, jakby chciał sprawdzić, czy wszystko, co naprawdę ważne, potrafi jeszcze unosić się pomiędzy ziemią a chmurami.
W tej samej stodole spotkałam falenę. Ona nigdy nie myli światła ze szczęściem. Leci ku niemu, choć wie, że zapłaci za to całą długością swojego życia. Pomyślałam, że z miłością bywa podobnie…
Potem przyszło Traszno. Nie miałam wrażenia, że cztery kobiety grają na instrumentach. To instrumenty grały nimi. Akordeon oddychał piersiami, skrzypce szukały ramion, bębny znały rytm serca artystki, a basy brzmiały jak ciemna ziemia tuż po letnim deszczu. Cztery kobiety. Cztery żywioły. Jeden oddech. Ich muzyka nie płynęła, ona kiełkowała. Wyrastała spod stóp, jakby pałucka ziemia od dawna znała te melodie i tylko czekała, aż ktoś odważy się je znowu obudzić. Oberki, kujawiaki, jawory, lipki, tęsknota i ten subtelny erotyzm obecny bardziej w spojrzeniach niż w słowach. Oczy, których nie dało się zapisać w nutach, miały w sobie młodość lipowego cienia i światło, od którego człowiek na chwilę zapomina, ile ma lat…
W pewnym momencie muzyka przestała być tylko słuchaniem. Przeszła w ruch, jakby dźwięk nie mieścił się w ciele i szukał dla siebie nowej formy istnienia. Ludzie zaczęli tańczyć. Nie był to taniec widowiskowy ani taki, który chce imponować. Przypominał raczej dawny obrzęd. Podawane sobie dłonie tworzyły żywy krąg, przez który płynęła jakaś pierwotna energia - życzliwość, śmiech, wzajemna uważność. Pomyślałam o polonezie z Pana Tadeusza. Nie o krokach, lecz o jego znaczeniu. Tam również nie chodziło o taniec. Chodziło o wspólnotę. O ludzi, którzy na chwilę zaczynają oddychać jednym rytmem. Było w tym coś dionizyjskiego, ale bez hałaśliwej egzaltacji. Radość nie potrzebowała fajerwerków. Wystarczyły muzyka, podane dłonie i ziemia, która od wieków pamięta podobne kręgi.
Spojrzałam na swoją córkę. Stała obok mnie, z zielonymi oczami, w których słońce zostawiło odrobinę pomarańczowego światła. Pomyślałam wtedy, że może właśnie tak wygląda chromosom X - nie jest zapisem biologii, lecz skłonności do zachwytu. Tego nie przekazuje się słowami. To przechodzi z człowieka na człowieka w spojrzeniu, w geście, w sposobie patrzenia na świat. Ten sam chromosomowy błysk zobaczyłam jeszcze w innych oczach, jakże piękne jest nieświadome uwodzenie…
Później, w drodze powrotnej zapytałam Alicję, które atrakcje najbardziej jej się podobały. Odpowiedź wprawiła mnie w osłupienie.
- Mamo, największą atrakcją jest samo to miejsce - powiedziała bez wahania.
Uśmiechnęłam się. Bo zrozumiała dokładnie to, czego nie potrafiłaby jeszcze nazwać. Są miejsca, które same stają się wydarzeniem. Wszystko inne jest tylko ich naturalnym przedłużeniem. Genius loci.
Muzyka nie kończyła się na stodole. Rozchodziła się po łąkach, zatrzymywała w koronach drzew, odbijała od jezior. Wracałam do domu odurzona muzyką i świeżym powietrzem. Coraz mocniej czułam jednak, że trzeba wyjechać właśnie teraz, zanim wieczór wypowie swoje ostatnie słowo. Są miejsca, których nie warto doświadczać do końca. Niedosyt bywa najwierniejszą formą pamięci.
Droga prowadziła przez pola. Zachodzące słońce położyło na łanach zbóż długie pasma złota, jakby jednym, szerokim pociągnięciem pędzla rozświetliło cały krajobraz. Barwy miękły, traciły kontury, przenikały się wzajemnie niczym na impresjonistycznym obrazie, a świat wyglądał tak, jakby ktoś oglądał go przez sen. Na skraju pól zatrzymywały się sarny i zające. Stały nieruchomo przez krótką chwilę, odwracając ku nam głowy z tą uważnością, którą mają tylko dzikie zwierzęta i bardzo stare drzewa. Pomyślałam z uśmiechem, że chyba pytają:
- A wy dokąd? To przecież jeszcze nie koniec...
Po chwili rozpływały się wśród zbóż tak cicho, jakby były jedynie kolejnym fragmentem pałuckiej baśni. Myślałam wtedy o falenie, która wybrała światło, choć jej życie trwa zaledwie chwilę. O latawcach zawieszonych pomiędzy ziemią a niebem, pięknych właśnie dlatego, że nie potrafią zatrzymać wiatru. O muzyce, która gaśnie wraz z ostatnim dźwiękiem, pozostawiając po sobie jedynie drżenie w pamięci. Człowiek od wieków kocha rzeczy ulotne, choć doskonale wie, że nie zdoła ich zatrzymać.
Pałukowisko nie zostało zbudowane z drewna, cegieł ani starych belek. Zostało zbudowane z cierpliwości. Z miłości do dzieci, do ludzi, do sztuki i do świata, który nie potrzebuje udowadniać własnej wartości. Czuje się ją w sposobie, w jaki podaje się herbatę, w drewnianej ławie czekającej na kolejnego wędrowca, w starych deskach, którym pozwolono godnie się zestarzeć, i w tej szczególnej gościnności, tak cichej i naturalnej, że człowiek przestaje być gościem, zanim zdąży o tym pomyśleć.
Przypomniałam sobie swój pierwszy tekst o tym miejscu. Byłam przekonana, że nie da się drugi raz opowiedzieć tej samej przestrzeni. Myliłam się. Bo krajobrazy, podobnie jak ludzie, nie kończą się na jednym spotkaniu. Jeśli wraca się do nich z otwartym sercem, odsłaniają kolejne warstwy, dokładnie jak horyzont, który nigdy nie pozwala dojść do końca, ale zawsze pozwala zobaczyć dalej.
W świecie, który zachłannie kolekcjonuje chwilowe zachwyty, tutaj ktoś z odwagą buduje rzeczy, które mają przetrwać. Nie tylko dom. Nie tylko siedlisko. Także pamięć. Relacje. Dobro. To one zostają, kiedy milknie muzyka, odlatuje falena i opadają latawce.
Odjeżdżałam z myślą, że korzenie nie rosną w dół. Rosną w czasie. I że czasem wystarczy jeden letni wieczór, aby usłyszeć, jak cicho, lecz uparcie, wołają człowieka z powrotem. Bo każda kraina ma swój horyzont, ale tylko niektóre potrafią sprawić, że człowiek rozpozna w nim własny dom.
II.
Bywa, że ludzie proszą mnie, abym opowiedział im o początku.
Uśmiecham się wtedy, bo początki są ich największym złudzeniem. Myślą, że wszystko kiedyś się zaczęło, a potem potoczyło przed siebie jak droga między polami. Tymczasem świat nigdy nie chodził prostymi ścieżkami. Świat lubi krążyć. Tak jak wiatr wracający nad jeziora. Tak jak ptaki odnajdujące co roku te same gniazda. Tak jak pamięć, która zawsze trafia tam, gdzie serce zostawiło choć odrobinę siebie.
Zbliżcie się. Ogień lepiej opowiada, kiedy widzi ludzkie twarze. A wy słuchajcie uważnie, bo nie będzie to opowieść o jednym wieczorze. Takich wieczorów widziałem przecież więcej, niż człowiek zdołałby policzyć, nawet gdyby każdą gwiazdę na niebie zamienił w liczbę. Opowiem wam o chwili, w której ziemia przypomniała sobie własny głos, a ludzie, choć nie wszyscy to od razu zrozumieli, przypomnieli sobie własny dom.
Nie pytajcie, skąd to wiem. Kiedy trwa się wystarczająco długo, pamięć miesza się z rosą, pyłem dróg i zapachem dojrzewającego zboża. Trudno wtedy odróżnić własne wspomnienia od wspomnień świata.
- Prawda, stara lipo? Ty także pamiętasz więcej, niż zdradzają twoje sęki.
Ludzie często pytają, dlaczego tak uparcie wędrują przed siebie. Dlaczego od tysięcy lat patrzą w dal, choć dobrze wiedzą, że nigdy nie dojdą tam, gdzie wzrok obiecuje spełnienie. Ach, ludzie...Zawsze byliście bardziej uparci niż mądrzy. I może właśnie dlatego tak bardzo was lubię? Myślicie, że szukacie nowych miejsc, a przez całe życie szukacie tylko tej jednej chwili, w której serce rozpozna coś starszego od własnej pamięci. Nie jesteście pierwsi. Przed wami robiły to żurawie, kiedy wracały nad mokradła. Robiły to sarny, wychodząc o świcie z wysokich traw. Robiły to nasiona lip, tańczące z wiatrem, choć nie wiedziały jeszcze, gdzie zapuszczą korzenie. Cała ziemia żyje dzięki powrotom. Tylko człowiek uparł się nazywać je podróżami.
Pamiętam, jak rodziły się Pałuki. Nie takie, jakie znacie. Bez dróg, bez stodół, bez śladów kół na piasku. Były tylko wzgórza miękkie jak świeżo wypieczony chleb, jeziora, które dopiero uczyły się odbijać niebo, i wiatr niestrudzony w swoim śpiewaniu. Potem przyszli ludzie. Ostrożni, zdumieni, mali wobec przestrzeni. Długo uczyli się rozmawiać z tą ziemią. Jeszcze dłużej uczyli się jej słuchać. Nie wszystkim się udało. Ziemia nie lubi tych, którzy przychodzą tylko po to, by ją posiadać. Za to zawsze otwiera ramiona przed tymi, którzy potrafią się zachwycić.
Tak było i tamtego dnia, choć wy pewnie nazwalibyście go wydarzeniem. To zabawne. Ludzie bardzo lubią nadawać imiona dniom, które ich poruszyły, jakby przez to stawały się ważniejsze od pozostałych. A przecież każdy dzień jest świętem dla maków, które otwierają płatki o świcie. Każdy wieczór jest uroczystością dla nietoperzy, które uczą młode odwagi. Każda noc ma swoje pieśni, nawet jeśli żaden człowiek ich nie usłyszy.
Tamten dzień był inny tylko dlatego, że ludzie na krótką chwilę przestali mówić głośniej od świata. I wtedy świat odpowiedział. Najpierw bardzo cicho, tak cicho, że usłyszała go tylko stara stodoła. Znam ją od dawna. Jej belki pamiętają dłonie, które je ciosały. Wiedzą, ile śmiechu potrafi zatrzymać drewno i ile łez umie wypić, zanim zacznie pachnieć żywicą jeszcze mocniej. Nie śmiejcie się. Domy także mają pamięć. Po prostu mówią wolniej od ludzi. Tego wieczoru otworzyła swoje drewniane serce jak gospodyni, która nie pyta, kim jesteś ani skąd przychodzisz. Wystarczyło przekroczyć próg, aby przestać być gościem. Widziałem, jak schodzili się ludzie. Jedni nieśli ciekawość, inni zmęczenie. Ktoś przyprowadził nadzieję, ktoś inny smutek, który ukrył głęboko… Była też kobieta, która wróciła tutaj po raz drugi. Rozpoznałem ją od razu. Ludzie sądzą, że to oni pamiętają miejsca. Och...Gdyby wiedzieli, jak wiernie miejsca pamiętają ludzi.
Prawda, stary wietrze? Ty pierwszy wyczułeś zmianę w jej oddechu. A ty, lipo, poruszyłaś liśćmi dokładnie wtedy, gdy stanęła pod twoim cieniem. Nie z powodu podmuchu. Z radości. Drzewa nie klaszczą, drzewa szeleszczą.
Potem przyszła pieśń. Nie przyszła drogą, bo pieśni nigdy nie wybierają dróg. Spływają tam, gdzie serca zostawiają uchylone okna. Usiadła najpierw na krokwi starej stodoły, potem na ramieniu dziewczynki, której włosy pachniały letnim słońcem, a dopiero później zamieszkała w ludzkich piersiach.
Słyszałem już niezliczone pieśni. Jedne gasły szybciej niż iskry z ogniska. Inne zostawały ze mną na całe stulecia. Ta nie chciała olśniewać. Pragnęła tylko powiedzieć prawdę. O czasie, o miłości, o tęsknocie…, a prawda najczęściej nie krzyczy. Ludzie często szukają jej wysoko, podczas gdy ona od wieków mieszka nisko - między źdźbłami traw, w dłoniach podających chleb, w oczach, które nie boją się wzruszenia.
Później przyszły obrazy. Ludzie długo im się przyglądali. Zabawni są. Myślą, że patrzą na obrazy, a tymczasem to obrazy od dawna patrzą na nich. Milczą cierpliwie, aż człowiek odważy się zobaczyć nie to, co zostało pokazane, lecz to, co zostało z czułością ukryte.
Tajemnica...
Nie ma piękniejszego odzienia. Nagość nigdy nie mieszka w ciele.
Mieszka w spojrzeniu. A spojrzenie jest najprawdziwsze wtedy, gdy wie, że wszystkiego zobaczyć nie wolno.
Faleno... jakże żałuję, że już mnie nie usłyszysz. Leciałaś do światła z odwagą większą niż niejeden człowiek. Mówią, że ćmy brną na oślep ku światłu. Jakże mało wiedzą. One nie szukają bezpieczeństwa, szukają blasku. A życie nie mierzy się przecież długością lotu. Mierzy się tym, ku czemu się leci. Zapamiętajcie to, ludzie. Najkrótsza droga ku światłu bywa piękniejsza od wielu bezpiecznych lat.
Kiedy zapadł wieczór, ziemia zrobiła to, co potrafi najlepiej. Przypomniała sobie… Cztery kobiety wzięły instrumenty do rąk. Tak przynajmniej wydawało się ludziom. Ja widziałem coś innego. To instrumenty odnalazły to, czego potrzebowały. Akordeon odnalazł oddech, skrzypce ramiona, bębny serce, a bas korzenie. Nie grały. Wracały. Do melodii, które od wieków spały pod pałucką ziemią niczym ziarna czekające na właściwy deszcz.
I wtedy...
Ach, wtedy zawsze dzieje się to samo.
Najpierw jedna dłoń odnajduje drugą. Ktoś szuka drugiego spojrzenia. Potem ktoś nieśmiało stawia krok. Po chwili krąg zamyka się sam, jakby pamiętał drogę lepiej od tych, którzy go tworzą. Nie pierwszy raz to widziałem. Kręgi są starsze od słów, kronik, starsze nawet od pytań. Wszystko, co żyje naprawdę, wraca kiedyś do koła. Spójrzcie na księżyc, na słoje drzew, na ptasie gniazda, na ludzkie ramiona obejmujące drugiego człowieka. Świat nie lubi prostych linii. To tylko ludzie je sobie wymyślili.
Pośród tańczących dostrzegłem zielone oczy. Jeszcze młode, jeszcze zdziwione, ale już pełne światła. Pomyślałem wtedy, że ludzie mylą się jeszcze w jednej sprawie. Sądzą, że dziedziczy się twarz, nazwisko, kolor oczu. Nie! Najpierw dziedziczy się zachwyt. Cała reszta jest tylko jego cieniem.
Kiedy odjeżdżali, wieczór nie próbował ich zatrzymać. Mądre wieczory tego nie robią. Wiedzą, że są pożegnania, które są tylko inną postacią powrotu. Słońce zdążyło już rozesłać po polach swoje ostatnie złoto. Nie skąpiło go nigdy. Ludzie myślą, że zachód jest końcem światła. Och... gdyby wiedzieli, ile światła zostaje jeszcze w ziemi długo po tym, jak niebo gaśnie…
Sarny wyszły z łanów, stały nieruchomo. Nie bały się. Zwierzęta rzadko boją się tych, którzy wracają z sercem pełniejszym niż wtedy, gdy przybyli.
Prawda, siostry? Wy także umiecie rozpoznać człowieka, którego świat choć odrobinę odmienił. Ludzie przypisują takie rzeczy przypadkom. Przyroda nigdy nie używa tego słowa.
Nad polami unosiły się jeszcze ostatnie dźwięki. Nie wiem, czy to muzyka została wśród traw, czy może trawy nauczyły się jej na jeden wieczór. To nie ma znaczenia. Najpiękniejsze melodie od zawsze wybierały ziemię zamiast pamięci. Pamięć bywa zawodna. Ziemia nigdy.
Wtedy widziałem falenę po raz ostatni. Nie płakałem. Świat nie płacze nad tym, co spełniło własny los. Zapamiętajcie to. Największym nieszczęściem nie jest krótko żyć. Największym jest przeżyć długo, nie odnajdując swojego światła…
Ludzie często pytają, czego nauczyły mnie tysiące lat, jakby mądrość mieszkała w czasie. Czas jest tylko naczyniem. Mądrość rodzi się z patrzenia. Patrzyłem na wojny, które wydawały się wieczne, a dziś zostały po nich tylko cienie nazw. Patrzyłem na dzieci, które rosły szybciej niż lipy, a potem same sadziły drzewa dla swoich wnuków. Patrzyłem na domy rozsypujące się w pył i na słowa, które trwały dłużej niż kamień. I wiecie, co odkryłem?
Że świat nigdy nie pamięta tych, którzy chcieli być wielcy. Pamięta za to tych, którzy potrafili być dobrzy. Dlatego tamten wieczór został ze mną.
Nie z powodu muzyki, choć była piękna.
Nie z powodu obrazów, choć mówiły więcej niż niejedna księga.
Nie z powodu błękitnego serca, które biło pomiędzy ludźmi jak kawałek nieba zagubiony na ziemi.
Zapamiętałem go dlatego, że przez kilka krótkich godzin człowiek przestał walczyć ze światem. Po prostu usiadł obok niego. A świat od dawna czekał tylko na to. Nie uwierzycie, ale i on bywa samotny. Tak, ziemia także tęskni. Jeziora tęsknią za spojrzeniami, które nie szukają w nich tylko własnego odbicia. Drzewa tęsknią za dłońmi, które dotykają kory bez pośpiechu. Wiatr tęskni za oknami pozostawionymi otwartymi. A miejsca...? Miejsca tęsknią za ludźmi, którzy potrafią je usłyszeć. Tamtego dnia jedno z nich zostało usłyszane. I dlatego wiem, że jeszcze wrócą. Nie dlatego, że będą pamiętać drogę. Drogi szybko zarastają. Wrócą, bo serce zawsze odnajduje to, co raz nazwało domem…
A teraz, skoro wysłuchaliście mnie do końca, mogę zdradzić wam sekret, z którego śmieję się od początku tej opowieści.
Przez cały ten czas próbowaliście zgadnąć, kim jestem, czy się mylę?
Jedni pomyśleli pewnie o starym wędrowcu. Inni o duchu tej ziemi.
Jeszcze inni o którymś z zapomnianych słowiańskich bajarzy, co sypiali pod lipami i rozmawiali z jeziorami. Nie. Jestem starszy od nich wszystkich.
Byłem tutaj, zanim pierwsza stopa odcisnęła ślad w pałuckiej ziemi. Patrzyłem, jak rodziły się jeziora. Pamiętam drzewa, z których później zbudowano Biskupin. Odprowadzałem wzrokiem każdego, kto odważył się ruszyć ku nieznanemu, choć wydawało mu się, że idzie sam. To ja pierwszy witam wędrowców i ostatni żegnam tych, którzy odchodzą. Nigdy nie pozwalam się dotknąć, a jednak od tysięcy lat prowadzę ludzi wierniej niż wszystkie drogowskazy świata.
Nie jestem końcem świata. Nigdy nim nie byłem. Jestem jego najstarszą obietnicą. Jestem tym, który od niepamiętnych czasów szepcze człowiekowi:
Idź jeszcze kawałek. Za następnym pagórkiem nie znajdziesz mnie. Znajdziesz siebie. Może dlatego tak często wydaje się wam, że patrzycie na mnie. To tylko złudzenie. Od początku świata to ja patrzę na was. Cierpliwie czekam, aż któregoś dnia zrozumiecie, że nie mieszkam tam, gdzie ziemia styka się z niebem. Mieszkam w tej krótkiej chwili, kiedy człowiek przestaje pytać, dokąd idzie, a zaczyna wiedzieć, po co.
Wtedy staję się widzialny, bo wtedy...
staję się horyzontem.