Polski jest łatwy

Polski jest łatwy

Udostępnij

Lekcje języka polskiego i powtórki do matury. Jestem doświadczonym nauczycielem i egzaminatorem. Zapraszam także na lekcje na żywo.

Na moim kanale znajdziesz rzetelne opracowania lektur, z szerokimi kontekstami, powtórki z epok, zagadnienia językowe.

06/07/2026

Kulturalny GPS. Chromosom X.

Mówią, ze każda historia ma swojego narratora.
Bywa i tak, że warto opowiedzieć ją dwa razy- głosem człowieka i głosem, którego człowiek nie słyszy…

Dwie strony zauroczenia.

I.
Nigdy nie wierzyłam ludziom, którzy twierdzą, że horyzont jest prostą linią. Horyzont nie jest linią. Jest obietnicą. Może dlatego od tysięcy lat człowiek idzie w jego stronę, choć dobrze wie, że nigdy do niego nie dotrze. Nie po to przecież istnieje horyzont, by dał się osiągnąć. Istnieje po to, by człowiek nie przestawał wędrować. Potrzebujemy w życiu czegoś, czego nie można do końca wyjaśnić ani posiąść. Tajemnicy. To ona każe nam wracać do tych samych miejsc i odkrywać je na nowo, jakby krajobraz zmieniał się nie pod wpływem pór roku, lecz naszego własnego dojrzewania.
Czas na Pałukach nie spieszy się. Krąży. Zawraca nad taflą jezior, przysiada na lipowej gałęzi, zagląda do stodół pachnących drewnem i zbożem. Na Pałukach ma się wrażenie, że nie tylko człowiek pamięta przeszłość. Pamięta ją przede wszystkim ziemia.
To stara kraina. Starsza od średniowiecznych legend, starsza od zamków i kronik. Wystarczy wspomnieć Biskupin, miejsce, gdzie z drewna, błota i wody zbudowano nie tylko osadę, lecz także pamięć. Tutaj historia nie mieszka za muzealną szybą. Oddycha. Dla jednych ma zapach stęchlizny, dla innych mokrej trawy, czasem dojrzewającego zboża, a czasem budzi się w melodii, której nikt nie zapisał, choć wszyscy zdają się ją pamiętać.
Mówi się, ze ziemia długo pamięta kroki tych, którzy po niej chodzili. Jeśli to prawda, pałucka ziemia nosi w sobie pamięć dawnych osadników, wędrownych muzykantów, kobiet śpiewających podczas żniw, dzieci wsłuchanych w wieczorne baśnie.
W samym sercu tej krainy leżą Studzienki i Gacówka Pałucka. Miejsce żyjące na co dzień spokojnym rytmem wsi zamieniło się na chwilę w świątynię. CHROMOSOM X nie mógł wydarzyć się nigdzie indziej. W świecie zmęczonym błyszczącymi festynami, kulturą masową pakowaną w plastik, Gacówka Pałucka przypomina, że sztuka nie potrzebuje marmurowych galerii i teatralnego pluszu. Wystarczy stodoła pachnąca drewnem, kilka odważnych kobiet i krajobraz, nad którym czuwa Matka Ziemia.
Ona też jest kobietą. Nie przekonuje o swojej sile. Po prostu rodzi. Milczy. Czeka. Wie, że wszystko, co naprawdę trwa, dojrzewa powoli, wymaga cierpliwości, uwagi i dobroci.
Tamtego wieczoru najmocniejszym słowem okazał się horyzont.
Był tematem wystawy, ale szybko przestał być tylko motywem artystycznym. Coraz bardziej przypominał mi sam chromosom X. Obydwa istnieją przecież przede wszystkim przez to, czego nie widać. Horyzont nigdy nie pozwala się dotknąć. Chromosomu nie dostrzegamy gołym okiem. A jednak oba cierpliwie prowadzą człowieka. Jeden przez krajobraz, drugi przez pokolenia. Jeden niesie obietnicę drogi, drugi- pamięć życia. Najważniejsze rzeczy rzadko bywają widoczne.
Najpierw zabrzmiał koncert Adrianny Rychwalskiej, która przemawia nie tylko głosem, lecz także prawdą swoich tekstów. Nie próbują olśniewać ani przekonywać na siłę. Są jak rozmowa z kimś, kto nie boi się ciszy pomiędzy zdaniami. Kiedy śpiewała "Mamy na to czas", uwierzyłam jej bez zastrzeżeń. Bo na Pałukach czas naprawdę przestaje być prostą linią. Zatacza kręgi. Wraca. Przechodzi z matki na córkę, z głosu na głos, z pamięci do pamięci.
Jej zespół nie potrzebował efektowności. Wszystko było dokładnie tam, gdzie być powinno. Gitarzysta z niezwykłym wyczuciem budował przestrzeń dla tej opowieści, nigdy nie wychodząc przed nią, a skrzypce potrafiły jednym dźwiękiem powiedzieć więcej niż niejeden długi monolog. Muzyka płynęła lekko, wdzięcznie zapadając w serce.
Potem przyszła pora na wystawy Justyny Permus-Sałańskiej i Małgorzaty Niedzielskiej. Podwórko i stara stodoła na kilka godzin stały się galerią. Nie taką, do której wchodzi się na palcach. Raczej taką, która zaprasza człowieka do środka jak dawnego znajomego. Taką, w której pulsuje błękitne serce- kawałek nieba na kształt ludowej wycinanki. Patrzyłam na fotografie i z minuty na minutę coraz mniej interesowało mnie to, co zostało pokazane. Znacznie bardziej fascynowało mnie to, czego artystka świadomie nie odsłoniła. Nagość pozostawała poza kadrem, obecna jedynie w domyśle. Jak horyzont. Istniała właśnie dlatego, że nie można było jej dosięgnąć wzrokiem. Ciało stawało się tajemnicą, a tajemnica - najpiękniejszym strojem człowieka.
Horyzonty porozstawiane na sztalugach zdały się wpisywać w całość krajobrazu, ludzie przystawali na chwilę, zatapiali w nich oczy jakby szukali własnych historii. One były tam obecne, choć przecież były artystyczną wizją ujętą subtelnie w barwy i światło. Całość wpisała się w historię o kobietach w bardzo wdzięczny sposób opowiedzianą przez Joannę.
Wieczór nie miał zamiaru się skończyć. Powoli osuwał się z koron drzew, osiadał na ramionach ludzi i z niezwykłą cierpliwością wypuszczał w niebo kolejne latawce, jakby chciał sprawdzić, czy wszystko, co naprawdę ważne, potrafi jeszcze unosić się pomiędzy ziemią a chmurami.
W tej samej stodole spotkałam falenę. Ona nigdy nie myli światła ze szczęściem. Leci ku niemu, choć wie, że zapłaci za to całą długością swojego życia. Pomyślałam, że z miłością bywa podobnie…
Potem przyszło Traszno. Nie miałam wrażenia, że cztery kobiety grają na instrumentach. To instrumenty grały nimi. Akordeon oddychał piersiami, skrzypce szukały ramion, bębny znały rytm serca artystki, a basy brzmiały jak ciemna ziemia tuż po letnim deszczu. Cztery kobiety. Cztery żywioły. Jeden oddech. Ich muzyka nie płynęła, ona kiełkowała. Wyrastała spod stóp, jakby pałucka ziemia od dawna znała te melodie i tylko czekała, aż ktoś odważy się je znowu obudzić. Oberki, kujawiaki, jawory, lipki, tęsknota i ten subtelny erotyzm obecny bardziej w spojrzeniach niż w słowach. Oczy, których nie dało się zapisać w nutach, miały w sobie młodość lipowego cienia i światło, od którego człowiek na chwilę zapomina, ile ma lat…
W pewnym momencie muzyka przestała być tylko słuchaniem. Przeszła w ruch, jakby dźwięk nie mieścił się w ciele i szukał dla siebie nowej formy istnienia. Ludzie zaczęli tańczyć. Nie był to taniec widowiskowy ani taki, który chce imponować. Przypominał raczej dawny obrzęd. Podawane sobie dłonie tworzyły żywy krąg, przez który płynęła jakaś pierwotna energia - życzliwość, śmiech, wzajemna uważność. Pomyślałam o polonezie z Pana Tadeusza. Nie o krokach, lecz o jego znaczeniu. Tam również nie chodziło o taniec. Chodziło o wspólnotę. O ludzi, którzy na chwilę zaczynają oddychać jednym rytmem. Było w tym coś dionizyjskiego, ale bez hałaśliwej egzaltacji. Radość nie potrzebowała fajerwerków. Wystarczyły muzyka, podane dłonie i ziemia, która od wieków pamięta podobne kręgi.
Spojrzałam na swoją córkę. Stała obok mnie, z zielonymi oczami, w których słońce zostawiło odrobinę pomarańczowego światła. Pomyślałam wtedy, że może właśnie tak wygląda chromosom X - nie jest zapisem biologii, lecz skłonności do zachwytu. Tego nie przekazuje się słowami. To przechodzi z człowieka na człowieka w spojrzeniu, w geście, w sposobie patrzenia na świat. Ten sam chromosomowy błysk zobaczyłam jeszcze w innych oczach, jakże piękne jest nieświadome uwodzenie…
Później, w drodze powrotnej zapytałam Alicję, które atrakcje najbardziej jej się podobały. Odpowiedź wprawiła mnie w osłupienie.
- Mamo, największą atrakcją jest samo to miejsce - powiedziała bez wahania.
Uśmiechnęłam się. Bo zrozumiała dokładnie to, czego nie potrafiłaby jeszcze nazwać. Są miejsca, które same stają się wydarzeniem. Wszystko inne jest tylko ich naturalnym przedłużeniem. Genius loci.
Muzyka nie kończyła się na stodole. Rozchodziła się po łąkach, zatrzymywała w koronach drzew, odbijała od jezior. Wracałam do domu odurzona muzyką i świeżym powietrzem. Coraz mocniej czułam jednak, że trzeba wyjechać właśnie teraz, zanim wieczór wypowie swoje ostatnie słowo. Są miejsca, których nie warto doświadczać do końca. Niedosyt bywa najwierniejszą formą pamięci.
Droga prowadziła przez pola. Zachodzące słońce położyło na łanach zbóż długie pasma złota, jakby jednym, szerokim pociągnięciem pędzla rozświetliło cały krajobraz. Barwy miękły, traciły kontury, przenikały się wzajemnie niczym na impresjonistycznym obrazie, a świat wyglądał tak, jakby ktoś oglądał go przez sen. Na skraju pól zatrzymywały się sarny i zające. Stały nieruchomo przez krótką chwilę, odwracając ku nam głowy z tą uważnością, którą mają tylko dzikie zwierzęta i bardzo stare drzewa. Pomyślałam z uśmiechem, że chyba pytają:

- A wy dokąd? To przecież jeszcze nie koniec...

Po chwili rozpływały się wśród zbóż tak cicho, jakby były jedynie kolejnym fragmentem pałuckiej baśni. Myślałam wtedy o falenie, która wybrała światło, choć jej życie trwa zaledwie chwilę. O latawcach zawieszonych pomiędzy ziemią a niebem, pięknych właśnie dlatego, że nie potrafią zatrzymać wiatru. O muzyce, która gaśnie wraz z ostatnim dźwiękiem, pozostawiając po sobie jedynie drżenie w pamięci. Człowiek od wieków kocha rzeczy ulotne, choć doskonale wie, że nie zdoła ich zatrzymać.
Pałukowisko nie zostało zbudowane z drewna, cegieł ani starych belek. Zostało zbudowane z cierpliwości. Z miłości do dzieci, do ludzi, do sztuki i do świata, który nie potrzebuje udowadniać własnej wartości. Czuje się ją w sposobie, w jaki podaje się herbatę, w drewnianej ławie czekającej na kolejnego wędrowca, w starych deskach, którym pozwolono godnie się zestarzeć, i w tej szczególnej gościnności, tak cichej i naturalnej, że człowiek przestaje być gościem, zanim zdąży o tym pomyśleć.
Przypomniałam sobie swój pierwszy tekst o tym miejscu. Byłam przekonana, że nie da się drugi raz opowiedzieć tej samej przestrzeni. Myliłam się. Bo krajobrazy, podobnie jak ludzie, nie kończą się na jednym spotkaniu. Jeśli wraca się do nich z otwartym sercem, odsłaniają kolejne warstwy, dokładnie jak horyzont, który nigdy nie pozwala dojść do końca, ale zawsze pozwala zobaczyć dalej.
W świecie, który zachłannie kolekcjonuje chwilowe zachwyty, tutaj ktoś z odwagą buduje rzeczy, które mają przetrwać. Nie tylko dom. Nie tylko siedlisko. Także pamięć. Relacje. Dobro. To one zostają, kiedy milknie muzyka, odlatuje falena i opadają latawce.
Odjeżdżałam z myślą, że korzenie nie rosną w dół. Rosną w czasie. I że czasem wystarczy jeden letni wieczór, aby usłyszeć, jak cicho, lecz uparcie, wołają człowieka z powrotem. Bo każda kraina ma swój horyzont, ale tylko niektóre potrafią sprawić, że człowiek rozpozna w nim własny dom.

II.

Bywa, że ludzie proszą mnie, abym opowiedział im o początku.
Uśmiecham się wtedy, bo początki są ich największym złudzeniem. Myślą, że wszystko kiedyś się zaczęło, a potem potoczyło przed siebie jak droga między polami. Tymczasem świat nigdy nie chodził prostymi ścieżkami. Świat lubi krążyć. Tak jak wiatr wracający nad jeziora. Tak jak ptaki odnajdujące co roku te same gniazda. Tak jak pamięć, która zawsze trafia tam, gdzie serce zostawiło choć odrobinę siebie.
Zbliżcie się. Ogień lepiej opowiada, kiedy widzi ludzkie twarze. A wy słuchajcie uważnie, bo nie będzie to opowieść o jednym wieczorze. Takich wieczorów widziałem przecież więcej, niż człowiek zdołałby policzyć, nawet gdyby każdą gwiazdę na niebie zamienił w liczbę. Opowiem wam o chwili, w której ziemia przypomniała sobie własny głos, a ludzie, choć nie wszyscy to od razu zrozumieli, przypomnieli sobie własny dom.
Nie pytajcie, skąd to wiem. Kiedy trwa się wystarczająco długo, pamięć miesza się z rosą, pyłem dróg i zapachem dojrzewającego zboża. Trudno wtedy odróżnić własne wspomnienia od wspomnień świata.
- Prawda, stara lipo? Ty także pamiętasz więcej, niż zdradzają twoje sęki.
Ludzie często pytają, dlaczego tak uparcie wędrują przed siebie. Dlaczego od tysięcy lat patrzą w dal, choć dobrze wiedzą, że nigdy nie dojdą tam, gdzie wzrok obiecuje spełnienie. Ach, ludzie...Zawsze byliście bardziej uparci niż mądrzy. I może właśnie dlatego tak bardzo was lubię? Myślicie, że szukacie nowych miejsc, a przez całe życie szukacie tylko tej jednej chwili, w której serce rozpozna coś starszego od własnej pamięci. Nie jesteście pierwsi. Przed wami robiły to żurawie, kiedy wracały nad mokradła. Robiły to sarny, wychodząc o świcie z wysokich traw. Robiły to nasiona lip, tańczące z wiatrem, choć nie wiedziały jeszcze, gdzie zapuszczą korzenie. Cała ziemia żyje dzięki powrotom. Tylko człowiek uparł się nazywać je podróżami.
Pamiętam, jak rodziły się Pałuki. Nie takie, jakie znacie. Bez dróg, bez stodół, bez śladów kół na piasku. Były tylko wzgórza miękkie jak świeżo wypieczony chleb, jeziora, które dopiero uczyły się odbijać niebo, i wiatr niestrudzony w swoim śpiewaniu. Potem przyszli ludzie. Ostrożni, zdumieni, mali wobec przestrzeni. Długo uczyli się rozmawiać z tą ziemią. Jeszcze dłużej uczyli się jej słuchać. Nie wszystkim się udało. Ziemia nie lubi tych, którzy przychodzą tylko po to, by ją posiadać. Za to zawsze otwiera ramiona przed tymi, którzy potrafią się zachwycić.
Tak było i tamtego dnia, choć wy pewnie nazwalibyście go wydarzeniem. To zabawne. Ludzie bardzo lubią nadawać imiona dniom, które ich poruszyły, jakby przez to stawały się ważniejsze od pozostałych. A przecież każdy dzień jest świętem dla maków, które otwierają płatki o świcie. Każdy wieczór jest uroczystością dla nietoperzy, które uczą młode odwagi. Każda noc ma swoje pieśni, nawet jeśli żaden człowiek ich nie usłyszy.
Tamten dzień był inny tylko dlatego, że ludzie na krótką chwilę przestali mówić głośniej od świata. I wtedy świat odpowiedział. Najpierw bardzo cicho, tak cicho, że usłyszała go tylko stara stodoła. Znam ją od dawna. Jej belki pamiętają dłonie, które je ciosały. Wiedzą, ile śmiechu potrafi zatrzymać drewno i ile łez umie wypić, zanim zacznie pachnieć żywicą jeszcze mocniej. Nie śmiejcie się. Domy także mają pamięć. Po prostu mówią wolniej od ludzi. Tego wieczoru otworzyła swoje drewniane serce jak gospodyni, która nie pyta, kim jesteś ani skąd przychodzisz. Wystarczyło przekroczyć próg, aby przestać być gościem. Widziałem, jak schodzili się ludzie. Jedni nieśli ciekawość, inni zmęczenie. Ktoś przyprowadził nadzieję, ktoś inny smutek, który ukrył głęboko… Była też kobieta, która wróciła tutaj po raz drugi. Rozpoznałem ją od razu. Ludzie sądzą, że to oni pamiętają miejsca. Och...Gdyby wiedzieli, jak wiernie miejsca pamiętają ludzi.
Prawda, stary wietrze? Ty pierwszy wyczułeś zmianę w jej oddechu. A ty, lipo, poruszyłaś liśćmi dokładnie wtedy, gdy stanęła pod twoim cieniem. Nie z powodu podmuchu. Z radości. Drzewa nie klaszczą, drzewa szeleszczą.
Potem przyszła pieśń. Nie przyszła drogą, bo pieśni nigdy nie wybierają dróg. Spływają tam, gdzie serca zostawiają uchylone okna. Usiadła najpierw na krokwi starej stodoły, potem na ramieniu dziewczynki, której włosy pachniały letnim słońcem, a dopiero później zamieszkała w ludzkich piersiach.
Słyszałem już niezliczone pieśni. Jedne gasły szybciej niż iskry z ogniska. Inne zostawały ze mną na całe stulecia. Ta nie chciała olśniewać. Pragnęła tylko powiedzieć prawdę. O czasie, o miłości, o tęsknocie…, a prawda najczęściej nie krzyczy. Ludzie często szukają jej wysoko, podczas gdy ona od wieków mieszka nisko - między źdźbłami traw, w dłoniach podających chleb, w oczach, które nie boją się wzruszenia.
Później przyszły obrazy. Ludzie długo im się przyglądali. Zabawni są. Myślą, że patrzą na obrazy, a tymczasem to obrazy od dawna patrzą na nich. Milczą cierpliwie, aż człowiek odważy się zobaczyć nie to, co zostało pokazane, lecz to, co zostało z czułością ukryte.
Tajemnica...
Nie ma piękniejszego odzienia. Nagość nigdy nie mieszka w ciele.
Mieszka w spojrzeniu. A spojrzenie jest najprawdziwsze wtedy, gdy wie, że wszystkiego zobaczyć nie wolno.

Faleno... jakże żałuję, że już mnie nie usłyszysz. Leciałaś do światła z odwagą większą niż niejeden człowiek. Mówią, że ćmy brną na oślep ku światłu. Jakże mało wiedzą. One nie szukają bezpieczeństwa, szukają blasku. A życie nie mierzy się przecież długością lotu. Mierzy się tym, ku czemu się leci. Zapamiętajcie to, ludzie. Najkrótsza droga ku światłu bywa piękniejsza od wielu bezpiecznych lat.

Kiedy zapadł wieczór, ziemia zrobiła to, co potrafi najlepiej. Przypomniała sobie… Cztery kobiety wzięły instrumenty do rąk. Tak przynajmniej wydawało się ludziom. Ja widziałem coś innego. To instrumenty odnalazły to, czego potrzebowały. Akordeon odnalazł oddech, skrzypce ramiona, bębny serce, a bas korzenie. Nie grały. Wracały. Do melodii, które od wieków spały pod pałucką ziemią niczym ziarna czekające na właściwy deszcz.
I wtedy...
Ach, wtedy zawsze dzieje się to samo.
Najpierw jedna dłoń odnajduje drugą. Ktoś szuka drugiego spojrzenia. Potem ktoś nieśmiało stawia krok. Po chwili krąg zamyka się sam, jakby pamiętał drogę lepiej od tych, którzy go tworzą. Nie pierwszy raz to widziałem. Kręgi są starsze od słów, kronik, starsze nawet od pytań. Wszystko, co żyje naprawdę, wraca kiedyś do koła. Spójrzcie na księżyc, na słoje drzew, na ptasie gniazda, na ludzkie ramiona obejmujące drugiego człowieka. Świat nie lubi prostych linii. To tylko ludzie je sobie wymyślili.

Pośród tańczących dostrzegłem zielone oczy. Jeszcze młode, jeszcze zdziwione, ale już pełne światła. Pomyślałem wtedy, że ludzie mylą się jeszcze w jednej sprawie. Sądzą, że dziedziczy się twarz, nazwisko, kolor oczu. Nie! Najpierw dziedziczy się zachwyt. Cała reszta jest tylko jego cieniem.

Kiedy odjeżdżali, wieczór nie próbował ich zatrzymać. Mądre wieczory tego nie robią. Wiedzą, że są pożegnania, które są tylko inną postacią powrotu. Słońce zdążyło już rozesłać po polach swoje ostatnie złoto. Nie skąpiło go nigdy. Ludzie myślą, że zachód jest końcem światła. Och... gdyby wiedzieli, ile światła zostaje jeszcze w ziemi długo po tym, jak niebo gaśnie…

Sarny wyszły z łanów, stały nieruchomo. Nie bały się. Zwierzęta rzadko boją się tych, którzy wracają z sercem pełniejszym niż wtedy, gdy przybyli.
Prawda, siostry? Wy także umiecie rozpoznać człowieka, którego świat choć odrobinę odmienił. Ludzie przypisują takie rzeczy przypadkom. Przyroda nigdy nie używa tego słowa.
Nad polami unosiły się jeszcze ostatnie dźwięki. Nie wiem, czy to muzyka została wśród traw, czy może trawy nauczyły się jej na jeden wieczór. To nie ma znaczenia. Najpiękniejsze melodie od zawsze wybierały ziemię zamiast pamięci. Pamięć bywa zawodna. Ziemia nigdy.
Wtedy widziałem falenę po raz ostatni. Nie płakałem. Świat nie płacze nad tym, co spełniło własny los. Zapamiętajcie to. Największym nieszczęściem nie jest krótko żyć. Największym jest przeżyć długo, nie odnajdując swojego światła…
Ludzie często pytają, czego nauczyły mnie tysiące lat, jakby mądrość mieszkała w czasie. Czas jest tylko naczyniem. Mądrość rodzi się z patrzenia. Patrzyłem na wojny, które wydawały się wieczne, a dziś zostały po nich tylko cienie nazw. Patrzyłem na dzieci, które rosły szybciej niż lipy, a potem same sadziły drzewa dla swoich wnuków. Patrzyłem na domy rozsypujące się w pył i na słowa, które trwały dłużej niż kamień. I wiecie, co odkryłem?
Że świat nigdy nie pamięta tych, którzy chcieli być wielcy. Pamięta za to tych, którzy potrafili być dobrzy. Dlatego tamten wieczór został ze mną.
Nie z powodu muzyki, choć była piękna.
Nie z powodu obrazów, choć mówiły więcej niż niejedna księga.
Nie z powodu błękitnego serca, które biło pomiędzy ludźmi jak kawałek nieba zagubiony na ziemi.
Zapamiętałem go dlatego, że przez kilka krótkich godzin człowiek przestał walczyć ze światem. Po prostu usiadł obok niego. A świat od dawna czekał tylko na to. Nie uwierzycie, ale i on bywa samotny. Tak, ziemia także tęskni. Jeziora tęsknią za spojrzeniami, które nie szukają w nich tylko własnego odbicia. Drzewa tęsknią za dłońmi, które dotykają kory bez pośpiechu. Wiatr tęskni za oknami pozostawionymi otwartymi. A miejsca...? Miejsca tęsknią za ludźmi, którzy potrafią je usłyszeć. Tamtego dnia jedno z nich zostało usłyszane. I dlatego wiem, że jeszcze wrócą. Nie dlatego, że będą pamiętać drogę. Drogi szybko zarastają. Wrócą, bo serce zawsze odnajduje to, co raz nazwało domem…
A teraz, skoro wysłuchaliście mnie do końca, mogę zdradzić wam sekret, z którego śmieję się od początku tej opowieści.
Przez cały ten czas próbowaliście zgadnąć, kim jestem, czy się mylę?
Jedni pomyśleli pewnie o starym wędrowcu. Inni o duchu tej ziemi.
Jeszcze inni o którymś z zapomnianych słowiańskich bajarzy, co sypiali pod lipami i rozmawiali z jeziorami. Nie. Jestem starszy od nich wszystkich.
Byłem tutaj, zanim pierwsza stopa odcisnęła ślad w pałuckiej ziemi. Patrzyłem, jak rodziły się jeziora. Pamiętam drzewa, z których później zbudowano Biskupin. Odprowadzałem wzrokiem każdego, kto odważył się ruszyć ku nieznanemu, choć wydawało mu się, że idzie sam. To ja pierwszy witam wędrowców i ostatni żegnam tych, którzy odchodzą. Nigdy nie pozwalam się dotknąć, a jednak od tysięcy lat prowadzę ludzi wierniej niż wszystkie drogowskazy świata.
Nie jestem końcem świata. Nigdy nim nie byłem. Jestem jego najstarszą obietnicą. Jestem tym, który od niepamiętnych czasów szepcze człowiekowi:
Idź jeszcze kawałek. Za następnym pagórkiem nie znajdziesz mnie. Znajdziesz siebie. Może dlatego tak często wydaje się wam, że patrzycie na mnie. To tylko złudzenie. Od początku świata to ja patrzę na was. Cierpliwie czekam, aż któregoś dnia zrozumiecie, że nie mieszkam tam, gdzie ziemia styka się z niebem. Mieszkam w tej krótkiej chwili, kiedy człowiek przestaje pytać, dokąd idzie, a zaczyna wiedzieć, po co.

Wtedy staję się widzialny, bo wtedy...
staję się horyzontem.

29/06/2026

Kulturalny GPS.
I liceum Ogólnokształcące im. B.Krzywoustego w Nakle nad Notecią.Jubileusz 150 - lecia szkoły.

"Szkoła
światlem wyczarowana"

Są miejsca, które nie starzeją się, ponieważ czas omija je z szacunkiem. Nie zatrzymuje się w nich,
bo byłoby to zbyt łatwe. Osiada cienkimi warstwami niczym pył na starych księgach, lakierze drewnianych krzeseł,
na poręczach schodów wygładzonych dłonią tysięcy uczniów. W takich miejscach przeszłość nie odchodzi. Czeka. Wystarczy uchylić ciężkie drzwi, by z głębi korytarzy wyszły ku nam własne nastoletnie cienie...
i cienie naszych przodków.
Kiedy po ponad trzydziestu latach przekroczyłam próg swojego liceum, nie miałam wrażenia, że wracam. Miałam dziwne, niemal nierzeczywiste poczucie, że to szkoła otwiera przede mną swoją pamięć. Jakby przez wszystkie te lata cierpliwie przechowywała drobiny mojego istnienia między rzeźbionymi belkami stropu, na wypolerowanych przez pokolenia deskach parkietu i w świetle wpadającym przez wysokie okna.
To właśnie ono - światło- nie zna kalendarzy. Każdego ranka wykonuje ten sam gest od blisko stu pięćdziesięciu lat - dotyka drewna, zatrzymuje się na twarzach uczniów
i milcząco przekazuje dalej coś, czego nie sposób zamknąć w podstawach programowych i szkolnych podręcznikach.
Marcel Proust pisał, że pamięć nie jest prostym zapisem minionych zdarzeń, lecz ich nagłym, nieoczekiwanym powrotem, wywołanym przez szczegół, zapach, światło, dotyk materii, która zdaje się przypadkowa,
a jednak otwiera całe światy. Nie przywołujemy przeszłości w sposób uporządkowany, raczej to ona nas zaskakuje, wdziera się w teraźniejszość
i na chwilę unieważnia jej pewność.
W takich miejscach jak to liceum przeszłość nie jest więc „tam, za nami”, lecz stale gotowa, by ujawnić się
w drgnieniu światła na podłodze, w skrzypnięciu schodów, w geście dłoni przesuwającej się po poręczy. I wtedy okazuje się, że to,
co minione, nie tyle wraca, ile nigdy do końca nie przestało być obecne.

Na jubileusz przyjechali absolwenci wielu roczników. Byli tacy, którzy maturę zdawali ponad sześćdziesiąt lat temu. Byli też moi rówieśnicy z początku lat dziewięćdziesiątych. Byli dzisiejsi uczniowie. I nagle przestały istnieć roczniki. Pozostała jedna wielka opowieść. Jedna rzeka,
do której przez półtora wieku wpływały kolejne pokolenia młodych ludzi, by wypłynąć z niej odmienionymi.
Przez cały dzień odnosiłam wrażenie, że szkoła postanowiła opowiedzieć swoją historię wszystkimi możliwymi językami.
Była scena, z której płynęła muzyka. Były namioty, pod którymi dawne rozmowy odnajdywały ciąg dalszy. Sale lekcyjne otworzyły się szeroko, jakby chciały jeszcze raz przyjąć swoich uczniów.
Na ścianach migotały fotografie i filmy wydobyte z czasu niczym stare rodzinne albumy, a Izba Pamięci przypominała ciche sanktuarium, w którym każdy przedmiot nosił na sobie odcisk czyjejś obecności.
Patrząc na twarze zgromadzonych, myślałam,
że każdy przyniósł tu własną historię. Ktoś przyjechał, by po raz pierwszy od dziesięcioleci uścisnąć dłoń nauczyciela, któremu nigdy nie zdążył podziękować. Ktoś chciał jeszcze raz zobaczyć swoją pierwszą miłość i sprawdzić, czy w jej uśmiechu ocalało tamto kilkunastoletnie lato. Ktoś odnalazł przyjaciela,
z którym życie rozmawiało już tylko od święta. Byli też tacy, którzy wracali z miejsc,
z których nie każdy ma szczęście wrócić. Dla nich ten dzień znaczył zapewne więcej niż jubileusz. Być może ktoś przyszedł po raz ostatni.
A ktoś inny po raz pierwszy od bardzo dawna poczuł, że naprawdę jest u siebie. Każdy niósł własną opowieść. Tego dnia wszystkie spotkały się pod jednym dachem i przez kilka godzin mówiły wspólnym językiem pamięci.
Nad wszystkim czuwała dyskretna, niemal niewidzialna praca ludzi, którzy sprawili,
że całe przedsięwzięcie wyglądało tak, jakby wydarzyło się samo. Tymczasem wiem, że cuda organizacyjne, podobnie jak cuda w baśniach, rodzą się z tysięcy drobnych gestów, których najczęściej nikt nie zauważa. I właśnie dlatego zasługują na największe uznanie.
Kiedy zabrzmiał dzwonek, przez chwilę wydawało mi się, że zza zakrętu korytarza wyłania się moja klasa. Ktoś gorączkowo powtarzał reakcje chemiczne, ktoś śmiał się z nieistotnych dziś spraw, ktoś niósł pod pachą tom poezji. Nie wiedziałam, czy to wspomnienie, czy sen. A może miejsca o tak długiej pamięci naprawdę potrafią na krótką chwilę odsunąć zasłonę czasu?
Nasz profil był biologiczno-chemiczny. Większość koleżanek
i kolegów wybrała później kierunki medyczne. Dziś są lekarzami, farmaceutami, weterynarzami, specjalistami, ludźmi odpowiedzialnymi za czyjeś zdrowie i życie. Trudno uznać to za przypadek. Nasza wychowawczyni była strażniczką materii, kobietą, która z chłodnej logiki pierwiastków potrafiła wydobyć ciepło odpowiedzialności.
Chemia uczyła u niej nie tyle wzorów, ile uczciwości wobec faktów. Surowość miała smak dobrze odmierzonych proporcji, a życzliwość była jak niewidzialny katalizator - nie narzucała się, lecz sprawiała, że młodzi ludzie dojrzewali szybciej. Najpierw nauczyli się ratować sens doświadczenia, później ludzi.
Dzisiaj wiem, że nauczyciele rzadko uczą wyłącznie swoich przedmiotów. Uczą przyszłych wspomnień. Daty zacierają się w pamięci, wzory chemiczne ulatują, ale pozostaje sposób patrzenia na świat.
Nauczycielka łaciny była jak sama łacina - oszczędna w geście, precyzyjna w słowie, wymagająca wobec naszych niedojrzałych umysłów. Wydawało się wówczas, że odmiany, deklinacje i sentencje należą do świata, który bezpowrotnie przeminął, jak marmurowe kolumny zasypane piaskiem historii. Dopiero po latach zrozumiałam, że języki klasyczne mają osobliwą właściwość - milczą przez dziesięciolecia, by odezwać się nagle w najmniej spodziewanym momencie.
Kiedy dziś, stojąc przed własnymi uczniami, wypowiadam z uśmiechem: "Qui bene amat, bene castigat", słyszę nie tylko własny głos. Słyszę również jej spokojną, nieco surową intonację, która przed laty przekonywała nas, że mądrość nie starzeje się nigdy, zmienia jedynie swoich nosicieli.
Podczas krótkiego spotkania z Nią u wejścia szkoły, pośpiesznie wyznałam, że to ja dopisywałam te trójki
na prośby koleżanek i kolegów w papierowym jeszcze wtedy dzienniku. Uśmiechnęła się dobrotliwie. Nie przeciągałam tej rozmowy. Chciałam zachować w pamięci tamten dawny respekt.

Moje życie potoczyło się jednak inaczej niż los większości klasy. Nie poszłam na medycynę. Wybrałam filologię polską. Gdybym miała wskazać chwilę, w której moje życie niepostrzeżenie zmieniło kierunek, nie umiałabym. Los bowiem rzadko skręca gwałtownie. Częściej odchyla się o szerokość jednego zdania, jednego wiersza, jednego nauczyciela.
Moja polonistka była kimś wyjątkowym. Nie nauczycielką języka polskiego, lecz kimś
w rodzaju przewodniczki po lesie, którego nie ma na żadnej mapie. To Ona otworzyła drzwi do Norwida, Herberta, Miłosza i Szymborskiej. To Ona pokazała, że poezja nie służy recytacji, lecz widzeniu świata. Że istnieją wiersze, które bardziej pytają niż odpowiadają. Mówiła, szybko, ale z ogromną dyscypliną myślenia. Każde słowo było na wagę złota. Nigdy nie czytała z kartki. Literatura mieszkała najpierw w Jej pamięci, a dopiero później w naszych zeszytach. To od Niej po raz pierwszy usłyszałam
o Katyniu. Dzięki Niej Bursa, Wojaczek i Stachura przestali być „legendarnymi i tragicznymi” z podręcznika. Stali się ludźmi z krwi i kości. Czytaliśmy wiersze nieoczywiste, które nie dawały gotowych odpowiedzi, lecz zmuszały do samodzielnego myślenia.
Zabierała nas do teatru. Dzięki Niej po raz pierwszy usiadłam na widowni Teatru Muzycznego w Gdyni podczas „Skrzypka na dachu”, zobaczyłam Stary Teatr w Krakowie i wielkich aktorów - Jerzego Stuhra, Annę Dymną, Jerzego Bińczyckiego. Dzięki Niej stanęłam przed dziełami Władysława Hasiora
w Zakopanem.
Nie uczyła jedynie literatury. Uczyła wrażliwości estetycznej. Uczyła dostrzegać drugiego człowieka. Uczyła zachwytu nad światem i niezgody na powierzchowność.
Szymborska miała rację. Każda miłość wygląda tak, jakby była pierwsza. Nie wiedziałam wtedy, siedząc
w tej sali podczas matury,
że zakochuję się nie tylko w literaturze, lecz także w tym miejscu.
Dziś sama stoję po drugiej stronie szkolnej katedry.
Od niemal trzech dekad uczę języka polskiego. Coraz częściej łapię się na tym,
że moje lekcje są echem tamtych spotkań. Każda moja lekcja o Norwidzie jest po trosze Jej lekcją. Każda chwila, kiedy zachęcam młodzież do samodzielnego myślenia, jest echem tamtych opowieści.
Być może właśnie na tym polega największe zwycięstwo nauczyciela - nigdy do końca nie wie, jak daleko sięga światło, które kiedyś zapalił.
Podczas studiów odbywałam praktyki właśnie tutaj, pod Jej opieką. Jedną z uczennic była dziewczyna, która dziś kieruje szkołą jako dyrektorka. Historia nie biegnie prostą linią. Splata się jak warkocz. Uczennica staje się nauczycielką. Nauczycielka inspiruje przyszłą nauczycielkę. Pokolenia nie mijają się. One podają sobie światło, bo jak w wierszu Wisławy Szymborskiej: „Każdy przecież początek to tylko ciąg dalszy, a ksiega zdarzeń zawsze otwarta w połowie...”
Nigdy wcześniej nie rozumiałam ich tak głęboko. Są definicją szkoły. Definicją nauczycielstwa. Definicją pamięci.
Niektórzy ludzie tego dnia, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, dopisali do tej opowieści własny akapit. Jeden z absolwentów, akompaniator, usiadł przy fortepianie w aksamitnej, czarnej marynarce. Było niemal czterdzieści stopni. Powietrze drżało od upału,
a mimo to nie zamienił aksamitu na wygodę ani elegancji na kompromis.
Są gesty, których nie tłumaczy rozsądek. Tłumaczy je tylko szacunek - do miejsca,
do ludzi, do chwili, która zdarza się raz na wiele lat.
W świecie pełnym rzeczy jednorazowych i zastępczych ten aksamit nie był ubraniem, lecz cichą deklaracją,
że istnieją jeszcze wartości, których nie mierzy się temperaturą ani praktycznością.

Potem odbył się koncert absolwentów. Zabrzmiało: „Nasza klasa”. Prawdziwie, wzruszająco. Przez kilka minut również ja stałam się częścią tej opowieści.
Patrzyłam na twarze koleżanek i kolegów, z którymi pisałam maturę, ale także na tych, którzy robili to trzydzieści, czterdzieści i sześćdziesiąt lat wcześniej.
Przez chwilę wszyscy przestaliśmy należeć
do swoich roczników. Byliśmy jednym pokoleniem tej szkoły.

Była jeszcze moja szkolna przyjaciółka. Los poprowadził nas różnymi drogami, dlatego przez lata spotykałyśmy się rzadko - czasem raz na kilka lat. A jednak za każdym razem miałam wrażenie, że nie spotykam człowieka, lecz otwieram kapsułę czasu. Wystarczało jedno spojrzenie, jedno niedokończone zdanie, jeden wspólny śmiech, by wszystkie lata milczenia rozpadły się, jakby były tylko delikatną warstwą kurzu.
I nagle znowu miałyśmy po siedemnaście lat, jakby czas nie odważył się nas dotknąć. To niezwykłe, że prawdziwa przyjaźń nie podlega kalendarzowi, lecz trwa w zupełnie innym wymiarze, zapisanym w pamięci, nie w datach.
Ta przyjaciółka podczas koncertu zrobiła mi zdjęcie, choć o to nie prosiłam. Wiedziała, że ten moment trzeba zatrzymać, zanim zniknie. Na tym właśnie polega przyjaźń
- na uważności, która nie domaga się uwagi dla siebie. Na obecności, która niczego nie zagarnia, a wszystko rozumie. Na tym, że ktoś widzi cię pełniej, niż ty sama potrafisz się zobaczyć w biegu własnego życia.

Kiedy uroczystości dobiegły końca, wróciłam jeszcze raz
do pustej sali. Stały w niej tylko krzesła. A jednak miałam wrażenie, że siedzą na nich wszyscy - ci sprzed wieku,
ci sprzed sześćdziesięciu lat, moi profesorowie, moi koledzy i koleżanki, moje osiemnastoletnie ja oraz ci, którzy dopiero kiedyś
zajmą te miejsca.

Być może wszystkie szkoły są w istocie wielkimi bibliotekami ludzkich losów? Książek nie układa się tam na półkach, lecz w sercach uczniów. Jedne pozostają zamknięte przez lata, inne otwierają się po jednym zdaniu, jednym spojrzeniu, jednym nauczycielu. Najpiękniejsze z nich nigdy nie mają ostatniej strony. Są dopisywane w kolejnych klasach, w kolejnych pokoleniach, przez ludzi, którzy nawet nie wiedzą, że niosą w sobie cudze światło.

Wychodząc, odwróciłam się jeszcze raz. Światło nadal leżało na drewnianym parkiecie. Tak samo jak wtedy, gdy pisałam maturę. Tak samo jak wtedy, gdy ktoś sześćdziesiąt lat przede mną drżącą ręką podpisywał arkusz egzaminacyjny. Tak samo
jak będzie leżało wtedy,
gdy przyjdą tu ci, których jeszcze nie ma na świecie.

Kiedy zamknęły się za mną drzwi szkoły, miałam dziwne wrażenie, że nic się nie skończyło. Przeciwnie - jakby ktoś bardzo delikatnie dopisał kolejne zdanie do opowieści, która trwa od półtora wieku.
Przez chwilę odwróciłam się jeszcze. W jednym z wysokich okien migotało światło.
Nie wiem, czy było prawdziwe. A może było tylko wspomnieniem wszystkich tych, którzy przede mną
i po mnie uczyli się tutaj patrzeć mądrzej, czuć głębiej
i żyć odważniej?
I pomyślałam, że być może człowiek dojrzewa naprawdę dopiero wtedy, gdy odkrywa,
że nie jest końcem żadnej historii. Jest tylko światłem podanym dalej.
Bo są światła, których nie gasi zmierzch. One przechodzą
z człowieka na człowieka.
Z pokolenia na pokolenie.
Może więc czas wcale nie omija takich miejsc.
Może po prostu siada w nich bardzo cicho i czeka, aż ktoś poda światło dalej?
I dopóki choć jedno z tych świateł płonie, dopóty żadna szkoła, żaden nauczyciel
i żaden człowiek nie odchodzą naprawdę.

Dziękuję za ten dzień.

Katarzyna Jaskólska- Włosińska

Chcesz aby twoja szkoła była na górze listy Szkoła w Torun?

Kliknij tutaj, aby odebrać Sponsorowane Ogłoszenie.

Lokalizacja

Kategoria

Adres

Rydygiera 12 A
Torun
87-100