Łapką Pisane - Bajki i Opowiadania

Łapką Pisane - Bajki i Opowiadania Miłośniczka zwierząt, opiekunka psów, gryzoni i tymczasowego domu dla potrzebujących futrzaków. Każda łapka ma swoją historię – ja pomagam ją opowiedzieć.

Tworzę bajki i opowieści pisane oczami zwierząt, szerząc wiedzę o ich życiu, emocjach i potrzebach.

Hej hej, przychodze dziś z bajką terapeutyczną napisaną dla mojego synka Nikodema ❤️Bajka o fioletowym Lamborghini Niko ...
23/02/2026

Hej hej, przychodze dziś z bajką terapeutyczną napisaną dla mojego synka Nikodema ❤️

Bajka o fioletowym Lamborghini Niko 🟣🚗
Dawno, dawno temu, na szerokich drogach i krętych torach wyścigowych mieszkało fioletowe, sportowe Lamborghini o imieniu Niko.
Niko był szybki, błyszczący i bardzo dzielny. Uwielbiał pędzić przed siebie i czuć wiatr opływający jego karoserię.
Pewnego dnia Niko zauważył, że coś jest nie tak.
Silnik nie brzmiał już tak radośnie jak wcześniej, a jeden ważny element w środku sprawiał mu ból.
– „Hmm… chyba potrzebuję pomocy” – pomyślał Niko.
Postanowił więc pojechać do specjalnego serwisu, gdzie trafiają tylko wyjątkowe auta.
To nie był zwykły warsztat – to było miejsce, w którym mechanicy mają złote ręce i wielkie serca.
Gdy Niko wjechał do serwisu, wszyscy przywitali go z uśmiechem.
– „Cześć, Niko! Zajmiemy się tobą. Musimy zajrzeć do środka i naprawić to, co ci przeszkadza. To nazywa się specjalna naprawa” – powiedzieli.
Niko trochę się bał.
– „A czy to będzie bolało?”
– „Nie” – odpowiedzieli mechanicy. – „Dostaniesz magiczne paliwo snu, zamkniesz oczy, a gdy je otworzysz, wszystko będzie już naprawione.”
I tak właśnie się stało.
Niko zasnął spokojnie, a mechanicy bardzo ostrożnie wykonali naprawę. Każdą śrubkę dokręcali z miłością i ogromną uwagą.
Kiedy Niko się obudził, czuł się trochę zmęczony…
Ale w środku było już lżej, ciszej i spokojniej.
– „Potrzebujesz teraz chwili odpoczynku” – powiedzieli mechanicy. – „Każde mądre auto po serwisie musi chwilę postać, żeby znów być w pełni sił.”
Niko odpoczywał, a każdego dnia było coraz lepiej.
Aż w końcu nadszedł moment, gdy znów mógł wyjechać na drogę.
Silnik mruczał szczęśliwie, a fioletowy lakier błyszczał jeszcze piękniej niż wcześniej.
Od tamtej pory Niko wiedział jedno:
Serwis nie jest karą. To miejsce, które pomaga wrócić do siły.
I za każdym razem, gdy widział inne auto jadące do naprawy, myślał:
– „Dasz radę. Ja też tam byłem.” 💜🚗

W ilustracji pomogła sztuczna inteligencja 🤍

08/09/2025

Radość i Smutek

Dawno, dawno temu, w małym miasteczku, żyła para przyjaciół: Radość i Smutek. Radość była zawsze uśmiechnięta, pełna energii i chęci do zabawy. Uwielbiała organizować festyny, tańce i spotkania, które przyciągały wszystkich mieszkańców. Każdy dzień z nią był jak kolorowy balon unoszący się w niebo.

Z kolei Smutek był cichym towarzyszem. Często obserwował, jak Radość bawi się z ludźmi, ale sam nie potrafił tak łatwo się otworzyć. Czuł ciężar świata na swoich barkach i nie rozumiał, dlaczego inni nie dostrzegali, że czasem warto się zatrzymać, by pomyśleć o tym, co naprawdę ważne. W jego oczach kryła się głęboka mądrość, która często umykała w wirze radosnych chwil.

Pewnego dnia, w miasteczku zapanowała burza. Radość, choć zmartwiona, próbowała pocieszyć wszystkich, ale deszcz padał coraz mocniej. Wtedy Smutek postanowił podejść do Radości i powiedział: "Czasami trzeba się zatrzymać, by docenić to, co mamy. Radość nie może istnieć bez smutku, a smutek nie może istnieć bez radości. Razem tworzymy harmonię, która nadaje życiu sens." Radość zrozumiała, że ich przyjaźń jest nieodłączna, a ich różnorodność sprawia, że życie jest pełne barw. Od tego dnia, obie emocje zaczęły wspólnie tworzyć piękne chwile, które łączyły ludzi w miasteczku, pokazując, że radość i smutek są nieodłącznymi towarzyszami w podróży przez życie.

Pamiętaj, że życie to nie tylko pasmo radości, ale także momenty smutku, które uczą nas cennych lekcji. Każda emocja ma swoje miejsce i wartość. Nie bój się przeżywać swoich uczuć, bo to one tworzą naszą historię. Z każdą burzą przychodzi nowy dzień, a po deszczu zawsze wychodzi słońce. Bądź otwarty na wszystkie aspekty życia, a odkryjesz, jak piękne może być to, co wydaje się sprzeczne.

„Nie rozumiem…”(królicze opowieści z miejsca, gdzie nie ma dzieciństwa)Nie wiem, gdzie jest moja mama. Pamiętam jej ciep...
06/04/2025

„Nie rozumiem…”
(królicze opowieści z miejsca, gdzie nie ma dzieciństwa)

Nie wiem, gdzie jest moja mama. Pamiętam jej ciepło… to było dawno. Zabrali mnie wcześnie, zanim nauczyła mnie, co znaczy być bezpiecznym.
Teraz siedzę w klatce. Nie jestem tu sam – obok jest coś… coś dziwnego. Pachnie inaczej. Gryzie mnie, gdy się poruszę.
W drugim kącie siedzi ktoś inny. Ma futro, ale wydaje odgłosy, których nie rozumiem. Krzyczy. Trzęsie się.
Boimy się wszyscy. Tylko każdy po cichu.

Ludzie przychodzą, patrzą. Śmieją się.
– „Ale słodki!” – słyszę.
Małe rączki chwytają mnie, unoszą. Przekładam uszy ze strachu.
Nie wiem, dokąd mnie zabierają, ale pachnie trawą i betonem.
Plac zabaw.

Bawią się mną jak zabawką. Przyciskają do zjeżdżalni. Śmieją się.
Nie rozumiem tej zabawy. Chciałbym wrócić do mamy.

W nowym miejscu jest pudełko. Nic nie pachnie znajomo. Jest sucho, ciasno.
Nie wiem, czy to dzień, czy noc.
Czasem dostaję wodę. Czasem nie.
Jest chleb. Twardy, dziwny.
Brzuszek boli. Nie mam siły.

Ktoś raz przynosi karmę. Mama tego dziecka.
– „Bo mi go żal” – mówi cicho.
Nie wiem, co to znaczy „żal”. Ale karma ma ziarna. Nie rozumiem, czy to jedzenie. Gryzę, bo nie mam nic innego.

Dzieci już się nie bawią.
Już mnie nie chcą.
Tylko leżę. Jest coraz zimniej.

I wtedy… robi się cicho. Brzuszek już nie boli.
Nie czuję strachu. Ani chłodu.
Tylko spokój. Może teraz wrócę do mamy?

Proszę, nie kupuj zwierząt w sklepie zoologicznym.
Nie pozwalaj dzieciom „pobawić się” żywym stworzeniem.
Nie pozwalaj, by czyjaś ciekawość kosztowała kogoś życie.

Udostępnij! Wspólnie zmieniajmy świat 🌍

Bajka o zaufaniu 🐿️🐭W głębi starego lasu, wśród rozłożystych dębów i pachnących sosen, żyła wiewiórka Basia. Była rudawa...
01/04/2025

Bajka o zaufaniu 🐿️🐭

W głębi starego lasu, wśród rozłożystych dębów i pachnących sosen, żyła wiewiórka Basia. Była rudawa, z puszystym ogonem i lśniącym futerkiem, a na sobie zawsze miała czerwony fartuszek, w którym przechowywała swoje ulubione orzechy. Była szybka, zwinna i bardzo sprytna. Potrafiła skakać po drzewach niczym wiatr, ale miała jedną zasadę – nie ufała nikomu.

„Lepiej polegać tylko na sobie” – powtarzała, gdy ktoś próbował się do niej zbliżyć.

Pewnego dnia, gdy przeszukiwała ziemię w poszukiwaniu orzeszków , usłyszała cichy, drżący głosik:

— Proszę, pomóż mi…

Basia spojrzała w dół i zobaczyła myszkę , która utknęła w gęstych korzeniach. Była malutka i delikatna, o miękkim szarym futerku, dużych uszkach i różowej sukience, która teraz była cała w liściach i piachu. Jej wielkie, błyszczące oczy pełne były łez.

— Pomóc ci? – prychnęła wiewiórka. – A skąd mam wiedzieć, że to nie pułapka? Może tylko udajesz, a kiedy się zbliżę, ukradniesz moje orzechy?

— Nie chcę twoich orzechów – pisnęła myszka Kasia. – Po prostu nie mogę się wydostać.

Basia popatrzyła na nią podejrzliwie, ale po chwili westchnęła.

Skoczyła w dół i zaczęła ostrożnie odsuwać ziemię i liście, aż myszka mogła się uwolnić.

— Dziękuję! – zapiszczała Kasia, otrzepując swoją różową sukienkę.

Wiewiórka tylko machnęła ogonem i chciała odejść, ale wtedy myszka powiedziała:

— Jeśli kiedykolwiek będziesz w kłopocie, pamiętaj o mnie,możesz na mnie polegać.

Basia tylko się zaśmiała. Jak taka mała myszka mogłaby jej pomóc?

Kilka dni później Basia spacerowała po lesie, skacząc z gałęzi na gałąź. Wtem dostrzegła piękny, duży orzech leżący na ziemi. Jej ogon aż się uniósł z ekscytacji.

„Będzie idealny na zimowe zapasy!” – pomyślała i szybko po niego skoczyła.
Ale gdy tylko chwyciła go w łapki, traaach ! Gałązka, na której stała, pękła, a Basia wpadła w stertę suchych liści. Nie byłoby to nic strasznego, gdyby nie to, że pod liśćmi znajdowała się pułapka – głęboka dziura wykopana przez ludzi!

— O nie! – zawołała wiewiórka. Skakała, wspinała się po ścianach dziury, ale były zbyt śliskie.

Zaczęła panikować. W lesie robiło się już ciemno. Kto jej pomoże?

I wtedy usłyszała znajomy głosik.

— Basia! Co się stało?

To była myszka Kasia!

— Wpadłam do dziury i nie mogę się wydostać! – zawołała wiewiórka.

Myszka zastanowiła się przez chwilę, po czym pobiegła do swojego domku pod korzeniami dębu. Wróciła po chwili z długą, mocną trawką, którą zaczęła opuszczać do dziury.

— Złap się! – zawołała.

Basia ostrożnie chwyciła trawkę i, przy pomocy myszki, powoli wspięła się na górę. Gdy w końcu wyszła, patrzyła na Kasię z szeroko otwartymi oczami.

— Naprawdę mi pomogłaś – powiedziała cicho. – A ja myślałam, że nikt nie jest godny zaufania…

Myszka uśmiechnęła się.

— Czasem wystarczy zaufać i przekonać się, że nie wszyscy chcą nam zrobić krzywdę.

Od tego dnia Basia już nie bała się ufać innym. Oczywiście, nadal była ostrożna, ale zrozumiała, że przyjaźń i wzajemna pomoc są ważniejsze niż strach.

Morał :
Nie można ufać każdemu, ale jeśli nigdy nikomu nie zaufasz, możesz stracić szansę na prawdziwą przyjaźń. Pomoc i dobro często wracają do nas wtedy, gdy najmniej się ich spodziewamy.

Tekst - Marika Zych

01/04/2025

Dzień dobry 💙
Wena mnie rozpiera,więc mam dla was kolejna historie,która może skłonić do refleksji 🙂

„Życie w klatce, śmierć w samotności”🖤

Byłem jeszcze maleńki, kiedy zabrano mnie z sklepu zoologicznego. Mój świat składał się z małego plastikowego pojemnika, pełnego innych chomików. Było nas tam za dużo. Stłoczeni na sobie, gryźliśmy się i przepychaliśmy w desperackiej próbie znalezienia miejsca dla siebie. Każdego dnia nowe ręce sięgały do pojemnika, łapały kogoś, zabierały… Nie wiedziałem dokąd.

Pewnego dnia przyszła rodzina – mama, tata i dwójka dzieci.

– Ooo, ten jest śliczny! – zapiszczała mała dziewczynka, wskazując na mnie.

Zanim zdążyłem zareagować, zostałem złapany w dłoń sprzedawcy i wrzucony do małego kartonowego pudełka z dziurkami. Pachniało obco. Wszystko trzęsło się pod wpływem ich kroków. Nie wiedziałem, co się dzieje.Byłem przerażony.

Kiedy pudełko się otworzyło, zobaczyłem moją klatkę. Była mała, ciasna, z metalowymi prętami tak blisko siebie, że ledwo mogłem się obrócić . Na dnie leżała cienka warstwa trocin – tak cienka, że nie mogłem w niej kopać, nie mogłem się schować. Byłem wystawiony na światło, hałas i ciekawskie oczy. Nie miałem żadnego schronienia.

Obok stał plastikowy kołowrotek. Był moim jedynym zajęciem. Za każdym razem, gdy wchodziłem do środka i próbowałem biegać, musiałem wyginać kręgosłup, bo był zbyt mały. Ale co innego mogłem robić? To była jedyna rzecz, która nadawała mojemu życiu sens.

Każdego dnia dzieci przychodziły, wyciągały mnie swoimi małymi, niecierpliwymi rękami. Ściskały mnie mocno, podnosiły za skórę, przekładały z rąk do rąk, śmiały się, gdy próbowałem się wyrwać. Ich śmiech był głośny, przenikliwy, a ja byłem tak malutki, tak bezbronny.Gdy ugryzłem,bo mnie zabolało,dziewczynka zrzuciła mną o ścianę,bardzo się bałem.Bolało mnie całe ciałko,ale inne dziecko odłożyło mnie do klatki.

A potem pojawiła się kula.

Plastikowa, przezroczysta, pachnąca czymś obcym. Wrzucały mnie do niej i zamykały klapkę. Najpierw nie rozumiałem, co się dzieje. Kula ruszała się, toczyła, a ja nie miałem nad nią żadnej kontroli.

Potem zaczęły mnie wynosić na dwór.

– Patrzcie, jak szybko biega! – wołał chłopiec, popychając kulę stopą.

Byłem przerażony. Moje maleńkie łapki ślizgały się na plastikowych ścianach, ale nie mogłem się zatrzymać. Kula uderzała o ziemię, przewracała się, koziołkowała. Dzieci śmiały się, kopiąc mnie do siebie jak piłkę. Zderzałem się ze ścianami kuli raz po raz, ból rozchodził się po moim ciele, a moje serce biło tak szybko, że czułem, jak chce się wyrwać z piersi.

Kiedy wracałem do klatki, byłem wyczerpany. Drżałem jeszcze długo. Chciałem się schować, ale nie było gdzie. Przyciskałem się do rogu klatki, próbując udawać, że mnie tu nie ma.

Z czasem dzieci straciły zainteresowanie mną. Przestały mnie wyciągać, przestały nawet zaglądać do klatki. Tylko ich matka czasem wsypywała mi karmę – twarde kolorowe granulki, i chleb,który coraz trudniej było mi gryźć. Coraz częściej czułem ból, krew, gdy próbowałem przegryźć pokarm.

Woda w poidełku często wysychała, a miska z jedzeniem stała pusta przez wiele dni. Moja klatka zaczęła cuchnąć, ale nikt nie sprzątał.

Pewnej nocy poczułem, że nie mam już sił.

Ból w plecach nie ustępował, głód i pragnienie były nie do zniesienia. Ostatkiem sił doczołgałem się do kąta klatki i tam się skuliłem.

I wtedy, kiedy zapadałem w sen, poczułem coś dziwnego. Ciepło. Delikatny dotyk na moim futerku.

Otworzyłem oczy.

Nie byłem już w klatce. 🦋

Pod moimi łapkami nie było twardych prętów, tylko miękka, pachnąca ziemia. Wokół mnie rosły zielone trawy, pachniały suszone zioła, a słońce ogrzewało moją sierść.🌈

Nie było klatek.❤️

Nie było plastikowych kul.❤️

Nie było bólu.❤️

Obok mnie stały inne chomiki, spoglądając na mnie z ciepłym uśmiechem.

– Chodź z nami – powiedział jeden z nich, a jego oczy były pełne spokoju. – Już nigdy więcej nie będziesz się bał.

Podniosłem się na łapki. Ból zniknął.

Pobiegłem przed siebie, przez zielone łąki, prosto ku światłu.

Za Tęczowy Most,do domu gdzie już nie boli .🌈❤️

Tekst - Marika Zych🖤

31/03/2025

Dzień dobry kochani !🐇🐰

Napisałam dziś dla was pewną historię,pewnego królika. Zatrzymajcie się na chwilkę,przeczytajcie i udostępnijcie dalej - bo razem możemy więcej,bo razem możemy zmienić cząstkę świata który nas otacza 🌍

🐇„Królicza nadzieja” 🐇

Pamiętam dzień, w którym zabrano mnie z hodowli. Tłok, hałas, zapach innych królików – nie był to dobry dom, ale znałem go. A potem przyszli oni. Mężczyzna, kobieta i mała dziewczynka, która zapiszczała z radości, gdy tylko mnie zobaczyła.

– Chcę tego! – krzyknęła.

Jej rodzice się roześmiali, wymienili między sobą spojrzenia i kiwnęli głowami. To było tak szybkie, tak bezmyślne. Nikt nie zapytał, co jem, jakie mam potrzeby, czy jestem zdrowy. Po prostu zapłacili, włożyli mnie do kartonowego pudła i zabrali ze sobą.

W ich domu stała już klatka. Była mała, w rogu pokoju, pełna trocin, które kłuły mnie w łapki. Dali mi jakąś twardą mieszankę pachnącą ziarnami, ale to nie było to, czego potrzebowałem. Gdzie siano? Gdzie świeże zioła? Mój żołądek ściskał się z głodu, ale musiałem jeść to, co mi dali.

Pierwsze dni były koszmarem. Dziewczynka nie widziała we mnie żywego stworzenia. Byłem dla niej lalką. Wkładała mi na głowę małe czapeczki, obwiązywała szalikiem, próbowała malować futerko, mimo że próbowałem się wyrwać. Czasami zaciskała ręce tak mocno, że trudno mi było oddychać. Ale najgorsze było to, że rodzice nie reagowali. Gdy płakałem, gdy wierciłem się, gdy próbowałem uciec – po prostu mówili:

– Daj mu spokój na chwilę, skarbie.

„Na chwilę” trwało kilka minut. Potem znowu wracała.

Pewnego dnia zabrała mnie na plac zabaw. Dzieci krzyczały, dotykały mnie swoimi lepkimi rękami. Podrzucały. Ściskały. Śmiały się, gdy próbowałem uciec. Bałem się tak bardzo, że nie mogłem oddychać.

Chciałem wrócić do klatki, mimo że była ciasna i śmierdziała. Przynajmniej tam mogłem się skulić w kącie i drżeć w ciszy.

Czas mijał. Moje pazury rosły, bolały mnie łapki, które nie miały żadnej miękkiej ściółki do kopania. Moje zęby stawały się coraz dłuższe, wbijały się w dziąsła, sprawiały, że nie mogłem jeść. Moje futro było brudne, posklejane, bo nie miałem jak się porządnie wyczyścić.

A potem dziewczynka przestała się mną interesować. Nie było już malowania, nie było noszenia. Stałem w klatce całymi dniami, czekając, aż ktoś mi da wodę, jedzenie. Czasami karmili mnie raz na kilka dni. Czasami w ogóle zapominali. W moim poidełku od dawna nie było wody.

Pewnego dnia dziewczynka zaczęła płakać i krzyczeć na mamę.

– Nie chcę go już! Śmierdzi i jest nudny!

Mama westchnęła, ojciec machnął ręką.

A potem dziewczynka wzięła mnie na ręce – tak po prostu, jak kiedyś zabierała swoje lalki – i wyszła z domu.

Było ciemno. Zimno. Pachniało czymś dziwnym, ostrym, zgniłym.

Postawiła mnie przy wielkim, metalowym pojemniku, który był wyższy ode mnie.

– Głupi królik – mruknęła i pobiegła z powrotem do domu.

Zostałem sam. W brudzie. W strachu. Wśród dźwięków, których nie rozumiałem. Nie wiedziałem, co teraz będzie.

Tylko jedno było pewne: nigdy nie byłem kochany.

Leżałem skulony przy śmietniku, zbyt słaby, by uciekać, choć zimno wżerało mi się w skórę. Moje łapy były zesztywniałe, a brzuch bolał z głodu. Gdyby przyszło jakieś zwierzę – pies, kot, może szczur – nawet bym się nie bronił. Po prostu czekałem.

I wtedy usłyszałem kroki.

– O rany… – cichy, łagodny głos. Potem dotyk – delikatny, ostrożny, zupełnie inny niż ręce tej dziewczynki.

Poczułem, jak ktoś unosi mnie ostrożnie. Pachniało czymś przyjemnym – sianem?

– Ktoś cię tak po prostu wyrzucił…? – mówił ten głos, pełen smutku i niedowierzania.

Nie miałem siły otworzyć oczu, ale czułem, jak ciepło otula moje ciało. Jak ktoś mnie przytula, ale nie mocno – delikatnie, ostrożnie, jakby wiedział, że mnie boli.

Potem było ciepło. Pachniało siankiem, suszonymi ziołami. Czułem miękką ściółkę pod łapami. Ktoś mówił do mnie spokojnym głosem, szeptał, że już dobrze, że teraz będzie inaczej.
Nie rozumiałem jeszcze, co się stało. Ale po raz pierwszy od bardzo dawna – nie bałem się.

🐹Kochani,historia jest napisana przeze mnie,ale myślę że byłaby idealnym odzwierciedleniem histori świnki Hope,znalezionej w styczniu na śmietniku. Świnka była skrajnie zaniedbana… dziś żyje szczęśliwie w naszym domu,pełna miłości i bezpieczeństwa ❤️

Hej 🙋‍♀️ Pierwsze opowiadanie,to coś co napisałam dla własnego syna,jest dla mnie dość emocjonalne i ważne ale chce się ...
31/03/2025

Hej 🙋‍♀️
Pierwsze opowiadanie,to coś co napisałam dla własnego syna,jest dla mnie dość emocjonalne i ważne ale chce się z wami tym podzielić 🖤

Trzy serca, jedna miłość

Dawno, dawno temu, w domu pełnym miłości i ciepła, mieszkała psia dziewczynka o imieniu Dasza. Była mądra, spokojna i wierna. Przez lata towarzyszyła swojej opiekunce, pilnowała jej kroków, pocieszała w smutkach i dzieliła radości. Dom był jej królestwem, a jej serce biło w rytmie miłości do człowieka.

Pewnego dnia los postanowił, że Dasza nie będzie już jedyną psiną w domu. Pojawiła się Masza – młodsza, pełna energii i szaleństwa. Była jak wiatr, który nagle wpadł do domu, przynosząc radość i chaos jednocześnie. Biegała, skakała, zaczepiała Daszę do zabawy. A Dasza? Na początku patrzyła na nią z pobłażliwą cierpliwością, ale szybko pokochała Maszę jak siostrę. Pokazała jej, jak ufać człowiekowi, gdzie najlepiej się układać na drzemki i jak prosić o smakołyki. Masza tchnęła w starszą już Dasze mnóstwo energii.

Minął rok i znów serca w tym domu powiększyły się o nowego członka. Tym razem była to Mania – łaciata wariatka pełena temperamentu, prawdziwa iskierka, której nie można było zatrzymać ani na chwilę. Mania biegała jak błyskawica, tańczyła z radości i wnosiła do domu jeszcze więcej życia. Masza nauczyła ją skakać i szaleć, a Dasza… Dasza pokazywała jej, jak kochać i ufać.

I tak żyły we trzy – w harmonii, jak jedna dusza zamknięta w trzech psich ciałach. Bawiły się, spały przytulone, wspólnie czekały przy drzwiach, gdy ich rodzina wychodziła.

Ale czas płynie nieubłaganie, a Dasza zaczęła się zmieniać. Jej kroki stały się wolniejsze, oczy mniej błyszczące, a ciało coraz częściej domagało się odpoczynku. Masza i Mania czuły to. Czasem kładły się obok niej, przylegały ciałami, jakby chciały przekazać jej swoją siłę.

Aż nadszedł dzień, którego nikt nie chciał.

Dasza położyła się w swoim ulubionym miejscu i spojrzała na swoją rodzinę. Jej oczy mówiły więcej niż słowa – dziękowała za miłość, za wspólne chwile. Masza i Mania przytuliły się do niej, a jej opiekunowie głaskała ją, szepcząc czułe słowa.

Kiedy Dasza zamknęła oczy po raz ostatni, poczuła ciepły wiatr na sierści. Otworzyła je i zobaczyła zupełnie inny świat – pełen zieleni, słońca i radosnego szczekania. Był tam spokój, była wolność. A przed nią stały inne psy, i zwierzęta które przyszły ją powitać.

Ale Dasza spojrzała jeszcze raz w stronę swojego domu. Widziała Maszę i Manię, ich smutek i zagubienie. Widziała ból w oczach swojej rodziny.

Masza szukała Daszy w domu, węszyła jej zapach, kładła się na jej miejscu. Mania, choć była młodsza, czuła pustkę, której nie rozumiała. Tęsknota i pustka wypełniła cały dom.

Jednak miłość Daszy nie odeszła. Była w każdym promieniu słońca wpadającym przez okno, w szumie liści na wietrze, w ciepłym spojrzeniu ich opiekunki.

I choć Mania i Masza wciąż tęskniły, wiedziały, że Dasza zawsze będzie z nimi – w ich sercach, w każdym wspomnieniu i każdej chwili, gdy wtulały się w swojego człowieka.

Morał:

Miłość nie kończy się, nawet gdy ktoś odchodzi. Żyje w naszych sercach, we wspomnieniach, w czułości, którą dzielimy z innymi. Bo prawdziwa miłość nigdy nie znika – zmienia tylko formę, by pozostać z nami na zawsze. 🖤

Tekst - Marika Zych 🖤

Adres

Tarnobrzeg

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Łapką Pisane - Bajki i Opowiadania umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skróty

Udostępnij