27/07/2026
Na początku chcę zaznaczyć, że ten tekst jest w pewnym sensie polemiką z moim wpisem opublikowanym dokładnie 31 grudnia 2025 roku. Link do niego zamieszczę w komentarzu.
Szukając informacji o tym, czy powstanie „Zabójcza broń 5”, po raz kolejny wróciłem myślami do całej serii. Wbrew pozorom nie jest to dla mnie tylko cykl filmów akcji. To opowieść o przyjaźni dwóch mężczyzn o relacji, która z czasem staje się czymś znacznie głębszym niż zwykłe koleżeństwo.
Kiedy oglądałem pierwsze części jako jedenasto czy dwunastolatek, widziałem przede wszystkim efektowny film akcji. Fascynowały mnie strzelaniny, pościgi, bójki i nieobliczalność Riggsa. Dziś, jako człowiek pięćdziesięcioletni, widzę w tych filmach zupełnie inną historię. Akcja zeszła na dalszy plan, zostały rozmowy, przyjaźń, wzajemna lojalność, wspólne kolacje, rodzinne spotkania i powolne wchodzenie Riggsa do rodziny Murtaughów.
Zresztą z dzisiejszej perspektywy wiele scen akcji wydaje mi się mocno niewiarygodnych. Jednak zupełnie mi to nie przeszkadza, ponieważ nie one sprawiają, że niemal co roku wracam do wszystkich czterech części. Wracam przede wszystkim po to, żeby ponownie spotkać się z Riggsem i Murtaughem.
Kolejne filmy powstawały na przestrzeni wielu lat. Zmieniali się bohaterowie, starzeli się aktorzy, a ich relacja stawała się coraz bardziej naturalna. Mam wrażenie, że z czasem coraz trudniej było oddzielić więź Riggsa i Murtaugha od relacji Mela Gibsona i Danny’ego Glovera. To, co początkowo było grą aktorską, z każdą kolejną częścią coraz bardziej przypominało spotkanie dwóch ludzi, którzy naprawdę dobrze się znają, ufają sobie i mają za sobą wiele wspólnych doświadczeń.
Być może dlatego ta seria tak mocno działa na wielu widzów. Oglądając kolejne części, nie tylko obserwowaliśmy, jak starzeją się bohaterowie. Sami dorastaliśmy razem z nimi. Dla części z nas były to filmy dzieciństwa i młodości. Wracając do nich po latach, wracamy więc nie tylko do historii Riggsa i Murtaugha, ale także do jakiejś części własnego życia.
Sam pamiętam, jak chodziłem z dobrym kolegą do kina przynajmniej na pierwszą i drugą część. Dlatego „Zabójcza broń” nie jest dla mnie wyłącznie filmem. Jest też wspomnieniem dzieciństwa, przyjaźni i czasu, kiedy większość życia wydawała się jeszcze przede mną.
Jest w tym nostalgia za okresem, w którym świat wydawał się prostszy. Ci bohaterowie zawsze pojawiali się na ekranie, radzili sobie z kolejnym zagrożeniem i ostatecznie przywracali porządek. W pewnym sensie byli jak starsi dorośli, którzy stali na straży świata mojego dzieciństwa. Trochę jak filmowi rodzice - silni, obecni i dający poczucie, że ktoś starszy nadal jest przede mną i w razie potrzeby mnie ochroni.
Dziś widzę, że oni także się starzeją. I gdzieś za tym pojawia się trudna świadomość, że kiedy odejdą ludzie, którzy byli dorosłymi mojego dzieciństwa, moje pokolenie znajdzie się na początku kolejki. Być może właśnie dlatego tak bardzo chciałbym zobaczyć ich jeszcze raz. Nie po to, żeby obejrzeć kolejną strzelaninę, lecz żeby ponownie się z nimi spotkać i w jakiś sposób pożegnać.
Czwarta część domknęła większość historii, ale nie była prawdziwym pożegnaniem. Kiedy powstawała, nikt nie traktował jej jak ostatniego spotkania. Dlatego marzyłaby mi się piąta część znacznie spokojniejsza, bardziej skupiona na przemijaniu, rodzinie i ostatnim wspólnym etapie życia tych bohaterów. Akcja mogłaby być jedynie pretekstem. Najważniejsze byłoby zobaczyć, że nadal są razem.
Mam zresztą wrażenie, że kino z tamtych lat miało więcej odwagi, by pokazywać męską przyjaźń bez sentymentalizmu. Riggs i Murtaugh nigdy nie mówią sobie: „Jesteś dla mnie jak brat”. Nie opowiadają o swoim braterstwie i nie próbują go nieustannie nazywać a jednak każdy widz wie, że właśnie tak jest.
Pokazują to ich decyzje, a nie słowa. Widać to w tym, jak sobie pomagają, jak ryzykują dla siebie i jak przyjmują odpowiedzialność za drugiego człowieka. Potrafią się wspierać, ale również złościć na siebie, sprzeczać się i mówić sobie rzeczy, których nie zawsze chcieliby usłyszeć. Ich relacja nie potrzebuje wielu deklaracji, ponieważ nieustannie potwierdzają ją czyny.
Mam wrażenie, że my, mężczyźni, wychodząc z emocjonalnego milczenia, czasem przesuwamy wahadło zbyt daleko w drugą stronę. Zaczynamy bardzo szybko mówić do innych mężczyzn „bracie”, nazywać więź i deklarować bliskość, zanim zdążyła się ona naprawdę zbudować.
Nie ma nic złego w samym słowie „brat”, może być ono ważne i prawdziwe. Problem pojawia się wtedy, gdy słowa zaczynają zaklinać rzeczywistość zamiast ją opisywać. Kiedy nazwanie kogoś bratem ma zastąpić czas, wzajemność, zaufanie i wspólne doświadczenia.
Może też powstać relacja niesymetryczna: jeden mężczyzna przeżywa ją jako głęboką więź, podczas gdy dla drugiego jest ona znacznie mniej ważna. Samo wypowiedzenie słowa „bracie” nie sprawi przecież, że obaj znajdą się w tym samym miejscu.
Braterstwa nie tworzą deklaracje. Tworzy je to, czy można na siebie liczyć. Czy jesteśmy razem nie tylko wtedy, gdy jest przyjemnie i wygodnie. Czy potrafimy dawać, ale także przyjmować. Czy znajdujemy dla siebie czas i pozostajemy obecni również wtedy, gdy drugi człowiek nie ma nam niczego do zaoferowania.
Może właśnie dlatego relacja Riggsa i Murtaugha nadal tak mocno porusza. Nie jest idealna, gładka ani pozbawiona napięć jest zbudowana z czasu, wspólnych doświadczeń, konfliktów, lojalności i kolejnych decyzji, by mimo wszystko pozostać obok siebie.
Czasami jedno „Jadę do ciebie” znaczy więcej niż sto razy wypowiedziane „Bracie”.