15/09/2026
Siedem sióstr – choć podobne, to każda inna. Znakiem charakterystycznym sióstr Leskinen są brązowo-rude bujne czupryny, krnąbrność, dzikość i nieokrzesanie. Każda z nich ma jednak swoją odrębność – jedna poluje, druga sprawdza się w artystycznych pracach ręcznych, kolejna porywająco opowiada, a jeszcze inna jest oddana Bogu. Wszystkie jednak są córkami słynnego łowcy niedźwiedzi i bohaterkami nowo wydanej w Polsce powieści Anneli Jordahl w przekładzie Agaty Teperek.
Pewnego dnia, po śmierci rodziców, decydują się na życie w dziczy, głęboko w lesie na szwedzko-fińskim pograniczu. W związku z surowym, północnym klimatem zmagają się nie tylko z mrozem i śniegiem, ale również z brakiem pożywienia, czyhającą dookoła zwierzyną, ale chyba przede wszystkim z sobą nawzajem. Każda z nich broni własnych racji, bójki, przepychanki i słowne obrzucanie się błotem są na porządku dziennym. Johanna, najstarsza z sióstr, stara się trzymać pieczę nad siostrami, jednak jej sposoby bywają, delikatnie mówiąc, kontrowersyjne. Po pewnym czasie można dostrzec pewnego rodzaju rozłam w grupie – kłótnie i apodyktyczność niektórych sióstr stają się nie do wytrzymania. Mimo dużej śmiałości i wręcz nieustraszoności, niejednej z nich wciąż brakuje odwagi, by opuścić stado.
To, co najbardziej zaskoczyło mnie w trakcie lektury to bezwzględność i obojętność względem siebie nawzajem. Cała ta ich wyprawa ma na celu podtrzymanie zasad i tradycji plemienia, zaskakująca wręcz wydaje się wrogość do pozostałych sióstr. I choć ich sposób życia z pewnością jest niestandardowy, szokujący i rażący, to jednak wydaje się realny. Natomiast dużą sprzeczność w mojej głowie wywoływały sceny „pożywiania” się dziewcząt porterami i papierosami, a także wątki cielesne – na Boga, przecież najmłodsza z sióstr ma zaledwie dwanaście lat!
Po przeczytaniu tytułu i opisu powieści od razu skojarzyłam nawiązanie do fińskiej książki Aleksisa Kiviego „Siedmiu braci”. Wydało mi się bardzo ciekawe to, że autorka podjęła się spisania podobnej historii z punktu widzenia kobiet, w duchu równouprawnienia i feminizmu. Te hasła są dla mnie bardzo ważne. Niemniej jednak za irytujące uważam to, że opowiadając o wyzwoleniu kobiet jakby automatycznie zaczyna się używać wulgarnego języka. Nie odnalazłam w książce obiecanego manifestu nieskrępowanej kobiecości. Anneli Jordahl niestety w tym aspekcie mnie zawiodła.
„Córki łowcy niedźwiedzi” cztery lata temu zostały nominowane do bardzo prestiżowej szwedzkiej nagrody Augustpriset. W uzasadnieniu napisano, że jest to „buntownicza powieść o siostrzeństwie, przemocy i samotności (…). [Siostry] wyruszają do lasu, by przetrwać – w walce między naturą, a kulturą, pochodzeniem, a cywilizacją, pożądaniem i pociągiem do edukacji. Szalona opowieść o pragnieniu odłączenia się od społeczeństwa i cenie, jaką się za to płaci.” I choć generalnie zgadzam się z tą motywacją, to mam z tą książką pewien problem. Dość nużąca wydała mi się część, w której autorka opisywała życie w dziczy, co rusz to kolejne libacje i niekończące się kłótnie. Dopiero w ostatnim rozdziale (cała książka składa się z trzech) dostrzegłam pewnego rodzaju głębię, przekaz autorki, zaczęłam utożsamiać niektóre zachowania i sytuacje z prawdziwym życiem.
Książka Anneli Jordahl zapowiadała się bardzo dobrze. Nominowana do prestiżowej nagrody literackiej historia o dzielnych, buntowniczych siostrach – czegóż chcieć więcej? Moje oczekiwania były duże. Nie do końca jednak potrafię umieścić książkę w mojej prywatnej hierarchii. Z pewnością mogłabym wskazać dużo bardziej fascynujące tytuły, jednak po przeczytaniu zakończenia uważam, że jest w niej coś frapującego i nie absolutnie nie można jej odmówić bycia szokującą i odważną.
Współpraca z Wydawnictwo Czarne
🇸🇪