Na Tropie Psa

Na Tropie Psa Szkoleniowe przemyślenia. Więcej w zakładce informacje. Zapraszam do dyskusji :)

Strona ta powstała z potrzeby dzielenia się swoimi przemyśleniami dotyczącymi szkolenia psów i różnych zagadnień związanych z czworonogami. Będą się tu pojawiać tłumaczenia zagranicznych artykułów, moje własne publikacje, a także relacje z różnych seminariów i szkoleń.

Pies – najlepszy przyjaciel człowieka. Czy aby na pewno?Pies jest najlepszym przyjacielem człowieka – kto z Was nie słys...
22/04/2017

Pies – najlepszy przyjaciel człowieka. Czy aby na pewno?

Pies jest najlepszym przyjacielem człowieka – kto z Was nie słyszał tego zdania? Kiedy ktoś je wypowiada, oczami wyobraźni widzimy poczciwego Cywila lub Szarika, który przemierzy każdą odległość, by tylko trwać przy naszym boku bez względu na wszystko. Z jednej strony wypowiadając te słowa chcemy podkreślić wyjątkowość tych wspaniałych stworzeń i często myślimy, że nasz pupil byłby dumny wiedząc, że uważamy go za przyjaciela… ale… czekajcie, czekajcie! Czy MY uważamy naszego psa za przyjaciela? Czym tak naprawdę jest dla nas przyjaźń? Hmm, no właśnie!

Czy od przyjaciela wymagamy, a nie dajemy nic w zamian?
Czy przyjacielowi stawiamy warunki, ale z drugiej strony nie potrafimy mu wyjaśnić, czego tak naprawdę od niego chcemy?
Czy określimy mianem przyjacielem kogoś, kogo nie mamy ochoty zrozumieć?
Czy okazujemy przyjacielowi brak wyrozumiałości?
Czy zabraniamy przyjacielowi być sobą?
Nie? No właśnie. A czy tak samo postępujemy z naszym psem?

Widzicie ten paradoks? Chcemy by pies był naszym przyjacielem, ale sami dla niego tym przyjacielem nie jesteśmy. Przyjaźń to relacja, w której powinno występować OBUSTRONNE zrozumienie (a przynajmniej chęć zrozumienia), chęć poznania drugiej strony. To relacja, która nie zawsze jest usłana różami, ale z którą wiąże się ciężka praca, wyrzeczenia… dlaczego więc większość osób kupuje psa i z góry zakłada, że skoro pies jest najlepszym przyjacielem człowieka, to z wielką ochotą wykona nasze polecenia (choć są sprzeczne z jego potrzebami – bo dlaczego pies ma iść zawsze przy nodze, skoro chciałby np. choć przez chwilę eksplorować otoczenie?).

Większość osób kupuje psa dla własnej przyjemności. Czasem po to, by zapełnić pustkę. Innym razem po to, by pies ich bronił. Nierzadko też po to, by wyleczyć własne kompleksy. Stawiają psu szereg wymagań, a nie chcą dawać nic w zamian… nie nagradzają, nie wkładają w szkolenie emocji, nie pozwalają na porażki, na gorszy dzień… nie chcą rozumieć psa, jego naturalnych potrzeb – pies ma być grzeczny i uległy!

Z mojego doświadczenia wynika, że większość psich problemów wynika z tego, że:
- psy nie mają zapewnionych podstawowych potrzeb (przede wszystkim potrzeby eksploracji, stymulacji umysłowej oraz nierzadko też stymulacji fizycznej)
- właściciele kupując psa oczekują, że pies od początku będzie im wdzięczny za to, że wzięli go pod swój dach i dlatego… będzie grzeczny. Sęk w tym, że pies nie wie, co to znaczy być grzecznym. Dla niego być grzecznym, to kulturalnie przywitać się z drugim psem idąc po łuku, co człowiek często skutecznie mu uniemożliwia. Nieraz być grzecznym to odsunąć się lub warknąć, chcąc zakomunikować: „Przekraczasz moje granice, czuję się niekomfortowo. Odpuść, bo będę musiał potraktować Cię nieco mniej przyjemnie.”

Takie rzeczy to tylko w bajkach lub na filmach. Nad psem trzeba pracować, nic samo się nie zrobi. Na tę cudowną przyjaźń trzeba zapracować. Bo dlaczego niby pies miałby zrezygnować ze wszystkich rzeczy, które lubi i których potrzebuje, skoro nie oferujemy mu niczego ciekawszego? Skoro nie pokażemy mu, że to będzie dla niego bezpieczniejsze, lepsze?

Wielu ludzi ma opory przed nagradzaniem psa. Boją się, że pies będzie reagował tylko wtedy, gdy go „przekupią”. Nagrody (nie tylko w postaci jedzenia) są jednak NIEODŁĄCZNYM elementem szkolenia i jeżeli włożymy wysiłek w zbudowanie prawidłowej motywacji i stworzymy dla psa jasny system komend, to będziemy mogli te nagrody później wycofać. Nikt nie lubi pracować za darmo. Ale nikt nie powiedział, że nie można lubić swojej pracy. Można przychodzić do niej z przyjemnością, czerpać z niej satysfakcję.

Przyjaciel to ktoś, kto jest z nami również w tych złych chwilach. Znosi nasze humory, jest wyrozumiały, a czasem nadstawia za nas karku. Ale dlaczego to robi? Przecież nie zachowywał się tak odkąd tylko nas poznał. Nie stwierdził tak nagle: „wow, on jest wyjątkowy, zrobię dla niego wszystko!”. Nie. Zobaczył, że warto, bo jesteś kimś wartościowym. Wspólnie zbudowaliście mocne fundamenty. Poznawaliście się. Kłóciliście się i godziliście. Próbowaliście się zrozumieć, a nawet pokochaliście swoje wady. Z psem można tak samo.

Jeśli ktoś przychodzi do mnie ze swoim psem i mówi mi, że chce tylko, by jego pies był bezwzględnie posłuszny (i widzę, że nie chce dawać nic od siebie), to od razu wiem, że nasze spotkania nie mają sensu. Jasne, można, a nawet trzeba wymagać, ale trzeba też być fair, dawać od siebie, starać się zrozumieć psa i poznać źródło problemu. To wymaga czasu, cierpliwości i pracy nad… sobą.

W dzisiejszych czasach psy nie mają łatwego życia. Kupujemy im najdroższe akcesoria, wydajemy na nie mnóstwo pieniędzy, ale czasem nie myślimy o ich życiu emocjonalnym i psychicznym. Dzisiejsze psy są zaniedbane emocjonalne. Stąd agresja smyczowa, lęk separacyjny, niszczenie... Chcemy mieć przyjaciela, a traktujemy psa jak służącego, który z jakiegoś niewiadomego powodu powinien być usłuchany i czytać nam w myślach.

Jasne, pies jest genialnym przyjacielem. Wybacza, kocha, zawsze będzie przy Tobie. Nie znaczy to jednak, że będzie robił wszystko, czego sobie zażyczysz. Prawdziwy przyjaciel potrafi powiedzieć prosto w twarz: „Stary, zawaliłeś sprawę.” Pies niestety mówić nie umie, dlatego musimy starać się domyślić kiedy chce nam przekazać, że coś jest w naszej relacji nie tak.
Pies, jak człowiek, jest interesowny. Tak, uważam, że większość relacji jest budowana na samym początku na interesowności. Ktoś daje nam poczucie bezpieczeństwa, pociesza nas, jego obecność daje nam ulgę… dlatego chcemy z nim przebywać, poznać go, aż relacja rozkwitnie na tyle, że wiemy, że też chcemy być tacy dla tej drugiej osoby.

Bądźcie dla swoich psów przyjaciółmi!

Dziś mieliśmy wyjątkowo nieudany ślad. Ale to był jeden z najpiękniejszych śladów, jaki kiedykolwiek mieliśmy. Ślad, któ...
29/11/2016

Dziś mieliśmy wyjątkowo nieudany ślad. Ale to był jeden z najpiękniejszych śladów, jaki kiedykolwiek mieliśmy. Ślad, który był dla nas lekcją. Rozpiera mnie duma.

Wiał wiatr. Padał śnieg. Co chwilę rozlegał się huk. Baster panicznie boi się wystrzałów. Ślad był długi i pełen zakrętów, więc musiał mocno kombinować. Ale nie był w stanie robić tego po swojemu, jak zawsze.

Widziałam, jak toczy wewnętrzną walkę. Chciał pracować, ale się bał. Szedł niepewnie, ale wciąż podejmował próbę. Miał wiele zawahań. Nie tropił tak, jak zawsze, czyli pewnie i chętnie. Co chwilę posikiwał ze stresu. Rozglądał się. Na drodze stanął nam pies. Duży, czarny i mocno w nas wpatrzony. Bast próbował poradzić sobie z sytuacją. Wysyłał delikatne sygnały. Ślad biegł w miejscu, w którym stał pies, a jego właścicielka nie była w stanie go odciągnąć, więc musieliśmy przejść dość blisko. Emocje poszły w górę. Ale za chwilę Bast znowu szedł z nosem przy ziemi. Ogarnął się. Miał cel.

Tyle utrudnień, a on chciał dalej. Wracał do pracy. W gorszym stylu niż zwykle, ale podejmował próbę. Widziałam, jak emocje balansują. Wysoko, nisko, wysoko, nisko. To, że miał cel, pomagało mu się opanować. Podejmował decyzje sam. I choć może z boku nie wyglądało to zjawiskowo, ja widziałam wszystkie te momenty, w których podejmował trudne decyzje i ile go to kosztuje.

Baster kocha tropić. I chociaż jest psem z różnymi lękami i problemami, to na śladach jest naprawdę dzielny i zmienia się nie do poznania. Żałuję, że odkryłam to dopiero teraz.

Baster nigdy nie będzie psem ratowniczym, choć skrycie zawsze marzyłam o tym, aby móc pomagać innym wraz z moim psem. Ale to tropienie uratowało jego. A on uratował mnie. Jest dla mnie psem trudnym, prawdziwym wyzwaniem. W niektórych kwestiach jest podobny do mnie – dlatego jego walka ze słabościami zawsze będzie dla mnie inspiracją. On dodaje mi odwagi. Bo kiedy widzę, jak przełamuje lęki, to wiem, że się da. Że można wiele.

Zwykle po „nieudanym” treningu człowiek zastanawia się, co poprawić, co zmienić, aby być lepszym. Nieraz czuje się delikatne rozczarowanie – bo przecież wszyscy jesteśmy tylko ludźmi i nie da się w 100 % pozbyć tych nie do końca pozytywnych emocji. Tego można się uczyć, nad tym można pracować. Ale no właśnie, trzeba tych uczuć doświadczyć i nauczyć się wyciągać z nich lekcję. Ja po dzisiejszym „nieudanym” treningu czuję się bardzo podbudowana. Zadowolona. Usatysfakcjonowana. Dumna z psa.

Za to właśnie kocham mantrailing.

Za to, że ceni się w nim indywidualność – nie porównujemy psa do psa. Czy chodzi pięknym krokiem przy nodze, jak robi to pies znajomej? Czy skręca wystarczająco ciasno? NIE. Tu nie ma sztywnych standardów. Tutaj liczy się inwencja psa. Jego zapał, jego chęci, jego styl. Miłość do tropienia. Każdy pracuje po swojemu. Nie wymusimy na nim tego czy tamtego. Nie mamy za wiele do działania – musimy ufać psu.

Za to, że jest to jedna z nielicznych aktywności, która pozwala psu na bycie sobą. Aktywność którą uprawiamy w ciszy, pełnym skupieniu i w symbiozie czterech łap i dwóch stóp. Czytamy, słuchamy. Rozmawiamy. Uczymy się ufać, a przecież nie zawsze jest to łatwe…

Za to, że jest to sport, w którym nie ma miejsca na parcie na sukcesy. W głowie nie mamy medali, konkursów czy wybitnych osiągnięć. Jasne, że wiele osób chciałoby zdać certyfikaty. Ale tylko nieliczni będą mogli wziąć kiedyś udział w prawdziwych manewrach, w „prawdziwym” tropieniu, w którym na piedestale stawia się ludzkie życie, a nasz pies jest po to, by to życie niekiedy uratować.

Za to, że trzeba być cholernie cierpliwym. Nie da się na skróty - trzeba pracować nad sobą.

Za to, że jest tutaj zawsze miejsce dla psa z problemami i nie karci się go za podjęcie „złej” decyzji. Docenia się każdy wysiłek, każdą próbę. Tutaj nie ma złych psów, „głupich psów”… albo psów, które się nie nadają. Wręcz przeciwnie – często mam wrażenie, że lękowe psy doskonale odnajdują się w tej aktywności i niesamowicie się otwierają. One to kochają, bo to buduje ich poczucie własnej wartości. Zaczynają wierzyć w siebie, jak ta zagubiona nastolatka, która jakiś czas żyła w błędnym przeświadczeniu, że jest gruba i brzydka, a której piękno w końcu ktoś docenił, włącznie z nią samą.

Może brzmi to wszystko zbyt patetycznie. Ale tak właśnie to czuję. Kto chce widzieć zespół tropiący jako człowieka biegającego bezsensownie za psem, ten będzie widział. Żeby zrozumieć mantrailing trzeba tego wszystkiego doświadczyć, do czego gorąco zachęcam. Lekcja, którą z niego wyciągniemy przyda się nie tylko psu.

22/09/2016

FILOZOFIA "NIC NA SIŁĘ"

Ostatnio bardzo bliska memu sercu stała się filozofia "nic na siłę", która otworzyła mi oczy na wiele istotnych spraw i sprawiła, że nieco inaczej spoglądam na szkolenie psów. Brzmi banalnie, ale z autopsji wiem, że najprostsze rzeczy skrywają w sobie największą prawdę. Z reguły nie chce nam się skupiać na najbardziej oczywistych rzeczach, a niestety wiele na tym tracimy i my i nasz pies.

Zaczęło się od tego, że pewnego dnia zaczęłam zastanawiać się nad swoim życiem, nad wartościami, którymi się w nim kieruję oraz nad tym, w jaki sposób postrzegają mnie inni. Odkryłam, że bardzo często jesteśmy oceniani przez pryzmat tego, "co wypada", "co powinniśmy" i w ten sposób wartościuje się nasze działania i efekty. Kiedy bałam się podjąć jakieś wyzwanie, które mogło jednak przynieść pewne korzyści dla mnie i dla innych i było bardzo ważne, większość "mądrzejszych" wywierała na mnie presję. Z jednej strony motywowali mnie i chwalili, kiedy podejmowałam według nich właściwe decyzje, a kiedy odpuszczałam, denerwowali się albo po prostu traciłam w ich oczach. Byli też tacy, którzy mówili, że mam postępować w zgodzie ze sobą i że nieważne jaką decyzję podejmę, to oni ją zaakceptują i dalej będą mnie wspierać w tym, co wybrałam. Dzięki tym drugim chętniej podejmowałam wyzwania i nie miałam do siebie żalu, jeśli postąpiłam zgodnie z tym, co dyktowało mi serce, nawet jeśli to nie było"tak, jak tego oczekują inni" i "nie tak, jak wypada robić". Dzięki temu czułam się... bezpiecznie.
To samo jest z psami.

Dziś panuje moda na intensywny socjal. Na wrzucanie szczeniaka w trudne sytuacje, przez co często jest przebodźcowany. Może i robi postępy, zostaje super nagradzany, ale pamięta jednocześnie "to moja pani wrzuciła mnie w tę trudną sytuację". Czasem wygrywa pozytywne wzmocnienie, a czasem przykre doświadczenia zostają zapamiętane. Często karmimy psi strach zamiast tego, że np. pupil postawił jedną łapę na nowej powierzchni. Jeśli dobrze nie czytamy swojego psa, to nie wiemy, co nagradzamy. Może pies podejmuje nagrodę, choć czuje się źle? Może nagradzamy ten stan, choć wydaje nam się, że pies osiągnął sukces?

To samo jest w relacjach z innymi ludźmi. Lękliwego, nieufnego psa zapoznajemy z dużą ilością ludzi. Każdemu wciskamy smaczki i prosimy, by skarmiał naszego psa. Pies bierze smaki, ale mało nie odgryza przy tym palców, bo tak bardzo się boi. Uczy się, że przy przewodniku nie jest bezpiecznie. Że mimo, że mówi "nie chcę, nie jestem gotowy", jest w pewnym sensie zmuszany. Z boku wygląda to pięknie. Pies dostaje jedzenie, a rozpromieniony właściciel chwali psa entuzjastycznym tonem. Wizja jak z bajki. Właściciel jednak nie wie, że właśnie niszczy swoją relację z psem. Nagradzanie w nieodpowiednim momencie często jest niczym innym jak wywieraniem presji. Często o tym zapominamy, bo mamy w głowie schemat nagradzania za wszystko, najczęściej jedzeniem. Zapominamy o emocjach, o czytaniu mowy ciała psa, o rozmowie z nim.
Zdarza się to KAŻDEMU. Ja bardzo długo uważałam, że mój pies jest w takim amoku, że nie dotrze do niego nic, gdzie tam więc miejsce na rozmowę? Skoro pies nie chce smaków, to jak mam go przekonać, żeby zaczął w trudnym dla niego momencie zwracać na mnie uwagę? Ale pewnego dnia odłożyłam smaki i zaczęłam po prostu obserwować swojego psa. Pokazywać mu, że go rozumiem. I wiecie co? Przyniosło to wspaniałe rezultaty.

Kolejny przykład, sytuacja, w której popełniamy najwięcej błędów. Relacje z innymi psami. Pies ciągnie na smyczy, rzuca się, robi rodeo albo atakuje inne psy. Używamy awersji, powodując, że pies tłumi swoje emocje. Wciskamy masę żarcia, nagradzając negatywne emocje albo po prostu maskujemy problem. Kiedyś ten pies, który teraz chce rzucić się do gardła innemu, mówił: "nie chcę tego, nie wrzucaj mnie w trudną sytuację". A my, jak na złość, szliśmy w stronę innego psa na wprost, socjalizowaliśmy go z dużymi psimi grupami, staraliśmy się, aby wyrósł na porządnego psiego obywatela... a może wystarczy pokazać psu, że jest z nami bezpieczny? Że choć wszyscy cisną na to, żeby nasz pies był grzeczny, witał się pięknie z innymi czworonogami i w ogóle super się zachowywał, to my po prostu dbamy o jego komfort psychiczny i nie każemy mu na siłę być grzecznym, bo tak wypada w psim światku? Odkąd znacząco ograniczyłam mojemu psu kontakty z innymi psami na spacerach jest o niebo lepiej. Dałam mu więcej przestrzeni, pozwoliłam mu decydować. Pokazałam mu, że wspieram go zawsze i jestem tuż za nim. Oczywiście przed nami daleka droga, ale jesteśmy na właściwej ścieżce. Nie zmuszam go do tego, by lubił inne psy. Nie zasypuję go nagrodami, bo zrobił coś, co podoba się MI - bo może jemu akurat nie? I ma takie prawo. Szanuję to i pozwalam mu być sobą. Zanim go nagrodzę zastanawiam się, czy nagradzam coś, co według mnie jest stosowne, ale jemu sprawia dyskomfort, czy to, że postąpił w zgodzie ze sobą. Im częściej będzie sobą, tym szybciej poczuje się bezpiecznie, a poziom jego emocji opadnie.

Nie pozwalam innym ludziom go głaskać. To nie maskotka. To istota mająca prawo do własnej przestrzeni. Chcę, by wiedział, że fakt, po ulicy chodzą obcy ludzie i trzeba ich tolerować, ale nie trzeba ich kochać. Nie przekonuję go na siłę, że są fajni, bo np. nikt nie przekona mnie do tego, że pająki są fajne. Mi wystarczy, żeby trzymały się ode mnie na pewną odległość i nie wchodziły ze mną w interakcję. Chcę się czuć bezpiecznie. Mój pies też. Dlatego nie musi warczeć, odganiać, kłapać. To on decyduje, czy chce podjąć interakcję czy nie. I dzięki temu duużo pozytywniej podchodzi do innych.

Nie zmuszaj swojego psa, nie przyzwyczajaj na siłę, pozwól mu być sobą. On Ci za to podziękuje. Nie nagradzaj czegoś tylko dlatego, że jest to fajne albo na topie. Bo inni mówią, że to jedyne słuszne zachowanie. Nagradzaj coś, co Twój pies robi sam z siebie, bo tak dyktuje mu jego natura. Z czasem zacznie się otwierać. Poczuje, że jest "wolny" i sam zacznie podejmować nowe wyzwania.

Jeszcze tak dla sprostowania - jestem jak najbardziej za nagradzaniem, za stawianiem psu wyzwań, za habituacją - i sama z tego korzystam, ale wszystko musi być przemyślane i dobrane do psa. Chciałam tylko podkreślić fakt, że w dzisiejszych czasach nie umiemy obyć się bez zabawek, żarcia i tak po prostu iść z psem na spacer i skupić się na tym, co do nas mówi... a możemy być naprawdę zaskoczeni. :)

Dzisiaj chciałabym poruszyć temat sportu, który w Polsce zaczyna się robić coraz bardziej popularny, a mianowicie mantra...
26/01/2016

Dzisiaj chciałabym poruszyć temat sportu, który w Polsce zaczyna się robić coraz bardziej popularny, a mianowicie mantrailingu. :) Post będzie się skupiał przede wszystkim na moich odczuciach związanych z tym sportem, bo póki co dopiero wkraczamy z Basterem w ten magiczny świat i za dużego doświadczenia nie mamy, co mam nadzieję niebawem ulegnie zmianie.

Zawsze sobie myślałam, zupełnie nie wiem czemu, że tropienie (nieważne jakie) jest po prostu nudne... jak bardzo się myliłam! Na szczęście zostałam szybko uświadomiona, jak ogromną frajdę sprawia to zarówno psu, jak i człowiekowi.
Mantrailing jawi mi się jako sport nadzwyczajny, zupełnie inny niż wszystkie, bo... nie ma tam miejsca na pośpiech, na presję, na przesadne kontrolowanie psa. Nie ma bezsensownego machania psu smaczkiem nad głową, nie ma miejsca na przymus. W mantrailingu pies ma być psem i robić to, co potrafi najlepiej: używać własnego nosa. Na początku nie mogłam uwierzyć, jak to działa. Jak to tak, pies od początku wie, co ma robić, gdzie iść? Tak po prostu? Ano tak! Nie muszę mu nic tłumaczyć, używać skomplikowanych schematów czy metod - muszę po prostu pozwolić mu być psem i, co najważniejsze, NIE PRZESZKADZAĆ! :) Tak, to jest właśnie najtrudniejsze! To człowiek musi się "ogarnąć", wesprzeć własnego psa w tym, co robi i nie wtrącać się zanadto. My, ludzie trenujący agility, obi, uczący sztuczek, często mamy manię kontrolowania psa, naprowadzania go... psom stawia się wymagania, próbuje coś pokazać, a nieraz miesiącami walczy o to, by dany element w końcu się udał. A tutaj niespodzianka, siedź cicho człowieku, nie ingeruj za dużo i SŁUCHAJ swego psa, bo mówi Ci naprawdę wiele! Każdy ruch, każde obrócenie głowy, każdy wdech ma sens i zbliża psa do osiągnięcia celu. To człowiek musi się wiele nauczyć. Musi wiedzieć, jak czytać psa, jak z nim współpracować. To właśnie jest 5 minut naszego psa. Jest to moment, w którym do nas mówi. Jeśli naprawdę zaufamy psu i okażemy mu cierpliwość, to osiągniemy sukces. A jeśli będziemy chcieli zrobić coś na siłę, za szybko, to pies nam odmówi. Bo w końcu to on jest w tym mistrzem i najlepiej wie, co ma robić.
Kiedy patrzy się na ten cały rytuał z boku, to widać psa, za którym idzie człowiek, tak po prostu... ale jeśli przyjrzy się temu bliżej, to można dostrzec niewypowiedziane słowa, jakie ten duet do siebie kieruje.... można dostrzec więź, pełne zaufanie, piękną współpracę...
Na początku byłam w szoku, jak niewiele trzeba, aby zmotywować psa do tropienia. Wniosek jest prosty: psy niesamowicie to lubią. Tropienie jest ciężką, wyczerpującą pracą wymagającą skupienia, ale mimo wszystko psy to uwielbiają. Piękny jest widok skupionego psa idącego po śladzie. A moment, gdy złapie trop i z całych sił napiera naprzód do upragnionego celu - coś wspaniałego. :) nie sądziłam, że tropienie wiąże się z takimi emocjami. Człowiek zaczyna jeszcze bardziej doceniać psa. Ja osobiście czułam dumę za każdym razem, kiedy Baster znalazł ukrytą osobę. Czułam też jego radość, która rosła z treningu na trening.
Kolejna rzecz, która bardzo mi się podoba to ta, że tropić może praktycznie każdy pies i w każdym wieku. Mając starszego psa wcale nie trzeba rezygnować z aktywności, a wręcz przeciwnie - tropienie pobudza psi mózg, dzięki czemu wolniej się starzeje.
Jestem oczarowana tym sportem zupełnie innym niż wszystkie, jakich dotychczas próbowaliśmy.Mam nadzieję, że będziemy mieli możliwość stałego rozwoju, bo przyznam szczerze, że wciągnęło nas to. :)
A poniżej zdjęcie z seminarium w Gorzowie, prowadzonym przez Roksana Moska, która wprowadziła nas w ten magiczny świat, za co jesteśmy oboje bardzo wdzięczni! :)

11/01/2016

WILCZE PAZURY - zmora czy dar od losu?
Dziś mam dla Was tłumaczenie krótkiego, acz treściwego artykułu autorstwa Chris Zink, która pisze o wilczych pazurach, kwestii związanych z ich usuwaniem oraz ich przydatności.

"Pracuję wyłącznie z psimi sportowcami rozwijając programy rehabilitacyjne dla kontuzjowanych psów lub psów, których stan wymagał chirurgicznej interwencji na skutek kontuzji nabytych podczas uprawiania psich sportów. Widywałam i do tej pory widuję wiele psów, zwłaszcza tych biorących udział w próbach pracy polowej i psów agilitowych, z przewlekłym zapaleniem nadgarstka w wielu przypadkach tak uporczywym, że musiały one zostać wyłączone ze sportu albo przynajmniej być bardzo ostrożnie prowadzone przez resztę ich sportowej kariery. Z ponad 30. psów mających przewlekłe zapalenie nadgarstka tylko jeden z nich był psem z wilczym pazurem.
Jeśli zerkniecie do książki z anatomii (Miller`s Guide to the Anatomy of Dogs to doskonała pozycja – zobaczcie rycinę nr 1 pod spodem) zobaczycie, że do wilczego pazura przytwierdzonych jest 5 ścięgien. Oczywiście na drugim końcu ścięgna jest mięsień, co oznacza, że jeśli usuniecie wilcze pazury, to zostaje nam 5 wiązek mięśni, które obumrą wskutek nieużywania.
Obecność tych mięśni wskazuje na to, że wilcze pazury posiadają jakąś funkcję. Tą funkcją jest zapobieganie skręceniu łapy w momencie zakręcania. Za każdym razem, gdy psia stopa ląduje na ziemi, zwłaszcza, gdy pies cwałuje albo galopuje (spójrzcie na rycinę nr 2), wilczy pazur styka się z podłożem. Jeśli pies chce wtedy wziąć zakręt, wilczy pazury wbija się w ziemię, by wesprzeć dolną część łapy i chronić ją w momencie skrętu. Jeśli pies nie posiada wilczego pazura, łapa się przekręca. Długie lata takiego zakręcania i rezultatem może być stan zapalny w nadgarstku lub prawdopodobnie urazy innych stawów takich jak łokieć, bark i palce. Pamiętajcie: pies podczas wykonywania aktywności nie zważa na to, a presja wywierana wtedy na łapę musi gdzieś pójść.
Prawdopodobnie myślicie sobie: “Żaden z moich psów nigdy nie doświadczył bólu nadgarstka ani jego zapalenia”. Dobrze, ale musimy pamiętać o tym, że psy z natury nie mówią nam o tym, że trzeba przystopować, żeby złagodzić ból. Jeśli nasz pies zostałby poproszony przez pielęgniarkę o ocenę stopnia jego bólu w skali od 0 do 10, prawdopodobnie skala wyglądałaby tak: 0,0,0,0,0,6,7,8,9,10. Większość naszych psów, zwłaszcza, jeśli mają do czynienia z bólem, który stopniowo się nasila, po prostu sobie z nim radzi i nie skarży się na niego, dopóki nie jest on rozdzierający. Ale kiedy ręcznie badam stawy znajdujące się w nadgarstkach starszych psów, które zostały pozbawione wilczych pazurów, często jestem w stanie wywołać ból minimalnie manipulując przy ich łapie.
Co do możliwości urazów dotyczących wilczych pazurów… Większość weterynarzy powie, że takie kontuzje wcale nie są czymś częstym, a jeśli już występują, to traktuje się je, jak każdy inny uraz. Moim zdaniem dużo lepiej jest borykać się z kontuzją niż obcinać wszystkim psom ich wilcze pazury „na wszelki wypadek”.
Tłumaczenie: Natalia Kropa
Link do oryginału:http://www.caninesports.com/uploads/1/5/3/1/15319800/dewclawexplanation.pdf

26/02/2015

Dzisiaj będzie coś ode mnie ;) Zapraszam do czytania! :)

Kogo pies kocha bardziej?

Wiele razy zastanawiałam się, dlaczego mój pies „cieszy się” bardziej na widok moich rodziców, chłopaka, a także znajomych, niż na mój. Przecież to mi ufa najbardziej, ze mną spędza najwięcej czasu i to ja, nie nikt inny, znam go jak własną kieszeń. Żeby zobrazować, co dokładnie mam na myśli, pozwolę sobie opisać kilka ciekawych sytuacji z naszego życia.
Kiedy moi rodzice przychodzą do domu, mój pies dostaje szału i zatacza taneczne koła z radości. Towarzyszy temu popiskiwanie i podskakiwanie w górę. Kiedy do domu wchodzę ja, pies owszem, jest szczęśliwy, ale nie odprawia aż takiego rytuału. Nasze powitania to nie jakieś dzikie tango. Niejednokrotnie pies nie witał mnie wcale. Znajdywałam go śpiącego na łóżku, rozciągniętego na pościeli, ze wzrokiem mówiącym „ooo, cześć, już jesteś? Fajnie!”. Nieraz leniwie zdrapywał się z łóżka i powoli podchodził do mnie, by wcisnąć mi pysk pod rękę, prosząc o powitalne głaski.
Kiedy moi rodzice lub mój chłopak ubierają się do wyjścia, pies podąża za nimi aż do przedpokoju i głęboko spogląda w oczy, błagalnym wzrokiem próbując wymusić to, czego pragnie – wyjście na dwór, z nimi. Kiedy ja się ubieram, mój pies patrzy uważnie na moje ruchy, jednak jest rozluźniony. Nieraz nie robi to na nim żadnego wrażenia i śpi sobie dalej na łóżku.
Kilka osób znających Bastera zastanawiało się, co jest powodem takiego zachowania. Byli zdziwieni, że pies „cieszy się” bardziej do osób, które poświęcają mu mniej czasu, a czasem nawet go irytują, (ignorując wysyłane przez niego subtelne sygnały). Swego czasu bardzo mnie to zastanawiało, a nawet martwiło. Ale zadałam sobie jedno, bardzo istotne pytanie: czy miarą miłości psa do człowieka jest wkład w emocji, jaki wykazuje przy kontakcie z nim? Do pewnego czasu myślałam, że tak. Jednak kilkuletnia obserwacja i analiza zachowania mojego psa szybko te założenie zweryfikowała i doprowadziła mnie do jednego prostego wniosku: zdecydowanie nie! Dziś już wiem, że wtedy myliłam kontrolowanie emocji z radością.
Moim zdaniem emocjonalność nie ma związku z więzią psa do człowieka.
Owszem, pies entuzjastyczniej wita moich rodziców i mojego chłopaka. Ale jednocześnie nie potrafi się przy nich wyciszać, a na spacerach w ich towarzystwie zachowuje się dużo gorzej. Przy powitaniu zdarza mu się szczekać, a podczas niezdrowego pobudzenia, podgryzać zębami za np. kurtkę. Zauważyłam, że faktycznie, bardziej cieszy się na widok mojego taty wchodzącego do pokoju, ale jeśli pies akurat leży, w takiej sytuacji nagle podrywa się, merdając ogonem. To oznaka radości, ale też lekkiego niepokoju, bo Baster wie, że istnieje możliwość, że mój tata się za chwilę nad nim pochyli, co bardzo lubi robić, jako że nie ma aż takiego wyczucia w kontakcie z psami. Kiedy wchodzę ja, pies przeważnie nie zmienia pozycji. Doskonale wie, że respektuję jego mowę ciała, wiem czego nie lubi. Ufa mi i też pozwala na więcej. Przy reszcie rodziny pies często jest „odmóżdżony”. Łatwiej się nakręca, popada w niezdrowe pobudzenie.
Pies mojej cioci zawsze sikał na widok gości. Posikiwanie zdarzało się znacznie rzadziej w sytuacji, gdy do domu wracał ukochany domownik. Czy to znaczy, że pies darzy większym uczucie praktycznie obcych ludzi? Nie! Po prostu ma problem z kontrolowaniem emocji w ich towarzystwie.
Przy osobie, przy której pies czuje się bezpiecznie i której reakcje zna, może czuć się całkowicie wyluzowany i swobodny. Nie musi za każdym razem kiedy sięgamy po kurtkę łudzić się, czy idzie na spacer czy nie lub, co ciekawsze, czy uda się wybłagać spacer spojrzeniem, czy też nie. W przypadku moim i mojego psa on zawsze wie, czy wychodzi czy też zostaje. Jeśli widzę, że nastawia się na wyjście, to wydaję mu komendę, którą doskonale zna i która jasno mówi mu o tym, czy mam zamiar wziąć go czy nie. Jeśli nie, pies bez sprzeciwu kieruje się na łóżko, gdzie rozluźniony leży i spogląda niewzruszonym wzrokiem, jakby chciał powiedzieć: „no okeeej, ale będę czekał!”. On jest pewny mnie, moich ruchów, moich gestów, nie musi się niczego domyślać. Jestem dla mojego psa czytelna. Osiągnęłam to pracą, ale co najważniejsze konsekwencją. Mój pies czuje się bezpiecznie, zna mnie i jego poziom emocji przy mnie jest ustabilizowany. Dużo bardziej niż przy kimś, kogo nie zna tak dobrze. On, jako doskonały obserwator, zwraca uwagę na drobne szczegóły w zachowaniu. Będąc nieświadomym, nieraz można wysyłać psu sprzeczne informacje. To natomiast często powoduje pobudzenie, a nawet frustrację.
Pies, który wie czego się spodziewać po przewodniku, nie będzie się wszystkim emocjonował. Kiedy zna zasady - tak samo. Po prostu nie ma do tego powodu. Nie panikuje, gdy wychodzę, bo wie, że wrócę i nie ma się czym martwić. Ufa mi. Nie szaleje jak opętany gdy wracam, bo on po prostu wiedział, że tak będzie, jak zawsze. Nie jest to dla niego wydarzenie na nie wiadomo jaką skalę.
Dziś już nie mam się czym martwić. Mogę być tylko dumna z tego, że mój pies dość dobrze panuje nad emocjami w mojej obecności, a to właśnie przecież chciałam osiągnąć. Latami pracowałam nad obniżeniem poziomu jego emocji i efekty są widoczne, a jeszcze dużo do zrobienia przed nami. Dużo nam brakuje do wymarzonego stanu, ale … już nikt mi nie wmówi, że mój pies kocha go bardziej! :)))

Dzisiejszy słoneczny dzień witam tłumaczeniem artykułu Sylvii Trkman o lękach :)http://www.lolabuland.com/2014/02/25/bus...
09/12/2014

Dzisiejszy słoneczny dzień witam tłumaczeniem artykułu Sylvii Trkman o lękach :)

http://www.lolabuland.com/2014/02/25/busting-the-myths-5/

"Pokonywanie psich lęków nigdy nie jest łatwe. I tym,co sprawia, że jeszcze trudniej jest nam się z nimi uporać są tony „dobrych” rad, napływających z każdej strony … jedną z nich jest konfrontowanie psa z tym, czego się boi, by pokazać mu, że właściwie w danym zjawisku nie ma nic strasznego. Kolejna to taka, żeby zignorować strach pupila i udawać, że nic się nie stało. Ale jakbyśmy my się czuli, gdyby coś na przeraziło, a nie moglibyśmy powiedzieć o tym najlepszemu przyjacielowi, a on wciąż udawałby, że wszystko jest przecież okej? Czy nie lepiej byłoby, gdyby tenże przyjaciel wysłuchał nas z uwagą, zaoferował wsparcie i spróbowałby pomóc nam wydostać się ze strasznej sytuacji, jeśli byłoby to możliwe?

Większości ludzi wmawia się, że kiedy dzieje się coś, w mniemaniu psa, strasznego, powinno się go zawrócić do miejsca zdarzenia i przekonać go, że przecież nie ma tam nic przerażającego. Ale to przecież JEST straszne. Jak tylko pies się wystraszy, jego stan emocjonalny nie pozwala mu na spostrzeżenie, że faktycznie nic niebezpiecznego tam nie ma. Jest to o wiele łatwiejsze, gdy pies jest ustabilizowany emocjonalnie. Już słyszę jak mówicie: „Przecież ja właśnie zrobiłem dokładnie tak, jak napisałaś na początku i mojemu psu jakoś nic się nie stało”. Oczywiście, że nic się nie stało. Większość pewnych siebie psów bez większych problemów lękowych świetnie poradzi sobie, gdy zastosuje się w ich przypadku taką metodę i faktycznie, nie dozna żadnego uszczerbku psychicznego. Kiedy na torze agility podczas biegu coś pójdzie nie tak, np. gdy pies boleśnie zderzy się z kołem albo spadnie z kładki, to właśnie przewodnik przeważnie jest bardziej przerażony całym zajściem niż pies. Większość psów jest bowiem tak nakręcona, że nawet nie zdaje sobie do końca sprawy, że wydarzyło się coś złego, nawet jeśli było to poważne. Psy wtedy przeważnie nie czują bólu, a wszystko to dzięki buzującej w ich krwi adrenalinie. Więc faktycznie, nic się nie stanie, jeśli cofniemy się z psem do źródła jego lęku. Zrobiłam tak z moim samoyedem i było w porządku. Mogłabym to samo zrobić z La i Le a także z pewnością z Bi – kto by się tam przejmował. Ale z Lo i Bu… - ekhm, właśnie!

Kiedy dzieje się coś strasznego, dla La, Bi albo Le nie ma znaczenia, jak się zachowam – i tak będą przeszczęśliwe, by móc zrobić to, o co je poproszę po raz kolejny. Jednakże, kiedy mowa o lękliwych psach, jak na przykład Lo i Bu, nauczyłam się ważnej lekcji: jeśli się przestraszą, ich stan emocjonalny nie pozwoli im zobaczyć, że tak naprawdę rzeczy nie są aż tak straszne, na jakie by wyglądały. Zatem powracanie z nimi do sytuacji wywołującej lęki zawsze było ZŁYM pomysłem, pomimo, że próbowałam to kształtować (zaznaczając klikerem moment zbliżenia się do przedmiotu, nagradzając z dala od tego przedmiotu i pozwalając uciec od danego obiektu, nie prosząc także o nic więcej niż same oferowały itd.). Im dłużej i cierpliwiej nad tym pracowałam, tym więcej czasu zajmowało im ogarnięcie strasznej sytuacji. W taki sposób nauczyłam się nie sprawdzać od razu, czy wszystko jest ok, tylko od razu zaczynałam „imprezę”, zajmując psa sztuczkami, sprawiającymi mu najwięcej radości, prosząc Bu o pokonanie tunelu i trzymając ją w ruchu tak długo, jak to możliwe. Później unikałam sytuacji/przeszkody, która przeraziła psa i po kilku tygodniach próbowałam znów. Po tym czasie przeważnie lęki zanikają i, co ważne, jako że psy nie miały po stresującej sytuacji czasu na zastanowienie co właściwie się stało, nie miały także problemu z ponownym odnalezieniem się w sytuacji.

Tak samo postępuję w przypadku konkretnych sytuacji, które pies uważa za straszne. Zwykłam myśleć, że najlepszym sposobem na to, by Bu poczuła się pewna siebie podczas triali, jest trzymanie jej blisko mnie i pokazanie jej, że sytuacja wcale nie jest straszna. Ale ona przecież JESt dla niej straszna. Zatem najlepiej jest uszanować jej lęki, trzymać ją z dala od stresującej sytuacji, w bezpiecznym miejscu (dobrym pomysłem jest samochód) i wyciągać ją z niego w ostatnim momencie przed wejściem na tor. Wtedy też dobrze jest zająć ją sztuczkami i nie dać jej czasu na to, by zauważyła te wszystkie straszne rzeczy wokół siebie, od razu pobiec tor, a po wszystkim natychmiast zaprowadzić ją z powrotem do auta. Ona zna już ten schemat i wie, że nie będę jej prosić, by czuła się pewnie w obecności psów szczekających dookoła, czy podchodzących do niej. Ona wie, że ma po prostu pobiec tor, który jest uznawany przez nią jako bezpieczna sfera i potem wrócić prostu do samochodu – i dzięki temu dobrze się odnajduje w takiej sytuacji.

To samo było z Lo. Na początku starałam się ja przekonać, że kontakty z ludźmi są fajne. Dawałam im smakołyki, którymi ją częstowali. Nie pomogło. To tylko wprawiało Lo w frustrację, ponieważ chciała dostać smakołyk, ale nie chciała mieć nic do czynienia z osobą go trzymającą. Kiedy zrezygnowałam z tej metody Lo była tak szczęsliwa, że obecność ludzi przestała się liczyć. Ale już do końca życia będzie szczekać na każdego, kto będzie próbował dać jej ciastko!

Ostatecznie nauczyłam się szanować lęki moich psów po to, by ufały mi i były pewne, że nigdy nie będę ich prosić o zrobienie czegoś potencjalnie niebezpiecznego. Tym samym przekonałam się, że one wiedzą, że zawsze mogą czuć się ze mną bezpiecznie. Moim ulubionym sposobem na socjalizację szczeniąt jest zabieranie ich do jak największej liczby nowych miejsc, ale przez większość czasu trzymając je w torbie tak, że mogą obserwować świat, znajdując się stale w bezpiecznym dla nich miejscu. Pozwalam im wyjść na zewnątrz tylko wtedy, gdy jestem pewna, że czują się pewnie. Świat wygląda dużo przyjemniej, kiedy się nie boimy!

Wcale nie musimy wymagać od naszych psów, by stawiały czoła swoim lękom. Musimy tylko sprawić, by były w stanie skupić się na czymś innym podczas stresującej sytuacji (wykorzystując naturalne popędy). Im większy jest popęd na zabawkę, tym łatwiej. Zatem zdecydowanie lepiej jest poświęcić czas pracując nad psim popędem, niż zmuszając pupila do konfrontacji ze strachem. Psi zapał do pracy jest największym wrogiem strachu. W przypadku Lo działa to wprost jak czary. Łatwiej było rozładować jej strach poprzez nakręcenie jej, niż poprzez stłumienie go, oswojenie się z nim. Dzięki temu zyskałam szybszego psa i im „straszniejsze” środowisko, tym ona bardziej się nakręcała wierząc, że to pozwoli jej pokonać lęk i uciec od niego.

Z Bu było o tyle trudniej, że nie miała także drive`a. Kiepskie połączenie… ale na szczęście ma swoją małą obsesję, która ją uszczęśliwia i ekscytuje tak, jak pójście na spacer, jedzenie, zabawa w „ready-steady-go”(gotowi…do startu…start!) razem z Bi (biegnąc na maksa przed siebie) i tunele oczywiście. Wykorzystałam rzeczy, które kocha, by wprowadzić ją na zawołanie w stan ekscytacji. Zauważyłam też, że gdy Bu jest podekscytowana, jej przednia łapka podskakuje na ziemi w oczekiwaniu – a więc zrobiłam z tego sztuczkę i zaczynając od małych podrygów doszłyśmy do wielkich podskoków pełnych radości.Potem używałam jej do tego, by poprawić nastrój Bu, kiedy było to konieczne. Dzięki temu jestem stanie ją łatwo uszczęśliwić w każdej sytuacji i od teraz jest ona w stanie brać udział w zawodach, gdzie przecież jest głośno i pracować tak samo, jak robi to w moim ogródku.

Emocje są w pewnym stopniu zautomatyzowane. Wyniki badań wskazują na to, że postawa ciała i wyraz twarzy u ludzi, nawet jeśli wymuszone (ludzie podczas eksperymentu musieli kiwać głową, uśmiechać się albo stać w określony sposób), to wpływają na nasze uczucia. Badania Wells`a i Petty`ego (1980) wykazały, że kiwanie głową (w geście przytakiwania) podczas słuchania wypowiedzi o charakterze perswazyjnym prowadziły do tego, że ludzie pozytywniej reagowali na prezentowane treści niż wtedy, gdy kazano im kręcić głową w geście dezaprobaty. Cacioppo, Priester i Bernston (1993) zaobserwowali, że osobliwe chińskie ideogramy (działania związane z podejściem do danej kwestii) były oceniane dużo pozytywniej niż ideogramy prezentowane podczas rozciągania ramienia (akcja związana z unikaniem (dyskomfortu?)). Duclos et al. (1989) poprosił uczestników o przyjęcie różnorodnych pozycji ciała niekoniecznie związanych ze strachem, złością i smutkiem i odkrył, że postawa modulowała doświadczanymi emocjami. Badania przeprowadzone przez Stracka, Martina, and Steppera (1988) wykazały, że sukces osiągnięty podczas konkretnego zadania powodował większe uczucie dumy, kiedy był on osiągany w pozycji stojącej bardziej niż gdyby to było w pozycji przygarbionej. Podczas tego samego eksperymentu badacze dyskretnie ułatwiali albo utrudniali przykurcz mięśni jarzmowych uczestników, prosząc ich o trzymanie długopisu w ustach podczas oceniania rysunków. Badanie wykazało, że jeśli trzymamy długopis między zębami, zmuszając usta by układały się jak do uśmiechu, oceniamy rysunek jako zabawniejszy, niż gdybyśmy trzymali go skierowanego ku przodowi, zaciskając na nim usta i automatycznie marszcząc twarz. W skrócie: nawet jeśli uśmiech był wymuszony, świat oczami osoby biorącej udział w badaniu automatycznie wyglądał wtedy lepiej.

Zauważyłam to samo u psów. Sprawdźcie to sami. Obserwujcie, co robi Wasz pies, kiedy jest szczęśliwy (szczeka, obraca się, skacze?), zróbcie z tego sztuczkę, którą będzie wykonywać na zawołanie i każcie nieszczęśliwemu psu zaprezentować zachowania, które normalnie oznaczają u niego radość – od razu zyskacie szczęśliwszego psa! To naprawdę uczyniło cuda z moją zmartwioną Bu i pozwoliło mi na wprowadzenie jej w radosny nastrój w każdej sytuacji. Dzięki ulubionym sztuczkom jest ona teraz w stanie bardzo szybko wydostać się ze stresującej sytuacji. Szczekanie, obroty, podskakiwanie w górę to absolutny „must have” w torbie każdego, mało pewnego siebie psa!"

Zgadzacie się z Silvią i jej podejściem? Mi osobiście bardzo podoba się jej postawa - lęki psów należy szanować (co nie oznacza, że nie mamy nad nimi pracować). Niestety można ostatnio zauważyć rosnącą tendencję do zmuszania psów, by pokonywały własne bariery i dawały od siebie więcej, niż są w stanie dać. Mam na myśli nie tylko pracę nad lękami, ale także nad fizycznością - niestety ludzie nie biorą pod uwagę możliwości psychicznych i fizycznych swoich psów, dlatego od wielu psów wymaga się za dużo. Nie każdy pies będzie się dobrze czuł na zawodach, nie każdy będzie robił chest vaulty. Mój Baster jest psiakiem niepredysponowanym do sportów - psychicznie i fizycznie. Jest kwadratowy, krótki i zbity, a koordynacja też pozostawia wiele do życzenia. Kiepsko też radzi sobie ze stresem w nowych miejscach i chociaż w tym momencie jest w stanie dać z siebie naprawdę wiele, to widzę, że pewne rzeczy nie sprawiają mu radości i robi je po prostu dla mnie. Między innymi dlatego nie wybieramy się na dłuższe wyjazdy szkoleniowe, typu obozy. Seminaria w zupełności nam wystarczają.
Oczywiście nie można poddawać się od razu, a wiele rzeczy jest do wypracowania... ale jeśli widzimy, że pies naprawdę chce, ale pewne rzeczy są dla niego za trudne albo przychodzą mu z wielkim wysiłkiem, to po ich od niego wymagać? Żyjąc z psem na co dzień, poznajemy także jego granice. Wiemy, kiedy robi coś z pasją, a kiedy bo jest o to zwyczajnie poproszony.

Mimo tego, że absolutnie zgadzam się z Silvią, uważam, że nieraz ignorowanie łagodnych objawów lęku może przynieść dobre rezultaty. Mam na myśli np. reakcję na strzał. Z doświadczenia wiem, że na niektóre psy dobrze działa po prostu twarde pójście przed siebie i nie oglądanie się. Wszystko zależy od konkretnego psa i jego tolerancji na takie bodźce - u nas jeden, dwa, góra trzy strzały to jeszcze nie tragedia, choć pies nieruchomieje i chowa ogon pod siebie. Wtedy idę do przodu, nie zwracając uwagi na delikatne protesty, a po kilku krokach pies idzie już wyluzowany. Jeśli tych strzałów było więcej i widzę, że sytuacja jest gorsza, postępuję podobnie, tylko, że robię dwa kroki i nagradzam psa właśnie tym, czego w danej chwili pragnie najbardziej - czyli zawróceniem i skierowaniem się ku domowi. Nieraz bywa, że pies wpada w prawdziwą panikę i nie reaguje kompletnie na nic - wtedy nie pozostaje nic innego, jak wrócić do domu jak najszybciej. Nigdy nie zapomnę pewnej zimowej nocy, kiedy szłam sobie przez park, a tu nagle zaczęły wybuchać fajerwerki, jeden po drugim... po drugiej stronie ulicy ludzie bawili się na weselu i postanowili poinformować o tym pół miasta :P Baster wpadł w panikę i zaczął szarpać się na smyczy, biegc przed siebie, wpadając na rzeczy napotkane na drodze, wyjąc przeraźliwie. Jedyną rzeczą, którą mogłam zrobić, by uchronić go od potencjalnych obrażeń i ucieczki ze smyczy (to dosłownie był SZAŁ), było przytrzymanie go siłą. Po prostu leżałam z nim na chodniku, trzymając go z całej siły, by nie wyrwał mi się, nie uciekł i nie zrobił sobie krzywdy. Pies trząsł się jak osika i dosłownie wył. Ludzie spacerujący nieopodal mieli niezłe widowisko, a ja byłam przerażona, choć na pewno nie tak jak mój pies. Po kilku minutach, gdy strzały ucichły, wzięłam psa za ręce i zaniosłam go do domu. Fajerwerki to zło... ale w tym roku Sylwester minie nam bardzo przyjemnie, bo z dala od hałasu, na łonie natury!

Co do fragmentu ze skarmianiem psa smakołykami przez obcych ludzi - to jest chyba najpopularniejsza metoda, jeśli chodzi o nieufne psy. Zawsze zastanawiałam się nad jej skutecznością, bo u nas też nie przyniosła za dużych rezultatów. Żeby Baster przekonał się do obcej osoby, najpierw musi poczuć się przy niej bezpiecznie, a poczucia bezpieczeństwa nie zdobywa się smakołykami. Można je zyskać za to prosząc daną osobę o nienarzucanie się psu. Spokój ducha i pewność siebie drugiej osoby wpływają także zbawiennie na stan emocjonalny psa. Najgorsze są osoby nachalnie wołające psa i próbujące za wszelką cenę nawiązać kontakt. W takiej sytuacji kluczem jest jednak anielska cierpliwość. ;)

Warto jest dobrze poznać swojego psa. On do nas stale mówi, tylko my musimy się nauczyć go słuchać. Pies bardzo często próbuje nam coś zakomunikować, a my, jako odpowiedzialni przewodnicy, powinniśmy starać się tak poznać jego mowę ciała, gesty itd., żeby go rozumieć i umieć mu pomóc. :)

Fears are never easy to deal with. And what makes it even harder is tons of wrong advices out there... One is to take the dog right back to have him see it’s not actually scary… Another one is to i...

Adres

Gorzów Wielkopolski

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Na Tropie Psa umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skróty

Udostępnij