19/07/2026
Tożsamość to pojęcie bardzo płodne, a może dziś nawet trochę… modne. Często utożsamiane (nomen omen) z osobowością czy świadomością, choć są to pojęcia odrębne. Etymologicznie oznacza „bycie tym samym”, identyczność z czymś. Filozofia, psychologia, sztuka i inne dziedziny ludzkiego poznania od dawna próbują uchwycić jej znaczenie. Mnie jednak nie daje spokoju zupełnie inne pytanie.
Czy tożsamość może być formą ochrony przed wolnością? Innymi słowy, czy zamiast “bezpiecznego domu” może stać się… “twierdzą”?
Przywykliśmy myśleć o niej jako o czymś dobrym - co daje poczucie ciągłości, zakorzenienia i spójności. Dzięki niej możemy odpowiedzieć sobie na pytanie: kim jestem? Ale co, jeśli czasem dzieje się coś odwrotnego? Co, jeśli to nie my posługujemy się własną tożsamością, ale ona zaczyna posługiwać się nami?
Jeżeli przez lata myślę o sobie jako o człowieku odpowiedzialnym, wiernym swoim zasadom, lojalnym, odważnym, konsekwentnym... to czy każda decyzja, która podważa ten obraz, nie zaczyna być odbierana jako zagrożenie nie dla mojego świata, lecz dla mnie samego? Może właśnie dlatego tak trudno podejmować niektóre decyzje. Nie dlatego, że nie wiemy, co zrobić. Nie dlatego, że brakuje nam odwagi. Ale dlatego, że ich konsekwencją mogłoby być pęknięcie obrazu siebie. A przecież obraz siebie daje bezpieczeństwo. Przewidywalność. Poczucie ciągłości.
Czy nie jest więc trochę tak, że czasem bardziej niż wartości bronimy narracji o sobie? Historii, którą przez lata opowiadaliśmy sobie i innym?
Może psychologiczny koszt zmiany nie polega przede wszystkim na utracie tego, co znamy. Może polega na utracie odpowiedzi na pytanie: „Kim jestem?”
Wyjście poza tę narrację przypomina trochę wyjście z platońskiej jaskini. Po przekroczeniu granicy nie sposób już patrzeć na świat tak samo. Wszystko to, na czym opieraliśmy siebie i swoją orientację w świecie - pęka. Czy to właśnie konieczność ponownego zdefiniowania siebie jest najbardziej przerażająca?
A może zdrowa tożsamość nie polega na tym, by pozostać niezmiennym. Być może jej siła polega właśnie na tym, że potrafi przetrwać własną zmianę i zachować poczucie ciągłości? Może zamiast pytania o to: „Kim jestem?”, mogę pytać: „Kim się staję?” i “czy jestem gotów pozwolić sobie stać się kimś, kogo jeszcze nie znam?” Pozwolić temu procesowi się dziać bez nakładania nań gorsetu moralnego? A może to, co nazywamy tożsamością nie jest kategorią statyczną, ale procesem stawania się sobą? Jeśli tak, to podejmowanie decyzji i codziennych ryzyk przestaje być zdradą siebie, ale procesem nieustannego odkrywania prawdy o samym sobie i świecie. A to proces nieskończony…
Na zdjeciu: Rycina Flammariona (1888), źródło: Wikipedia.