24/08/2026
Ewakuacja. Czyli ten moment, kiedy ćwiczenia przestają być ćwiczeniami.
Jednym z doświadczeń tego obozu, które chyba zostanie ze mną na długo, była ewakuacja. Nie tylko sama decyzja o jej rozpoczęciu, ale wszystko, co wydarzyło się przed nią, w jej trakcie i później.
Pogodę śledziliśmy na bieżąco. Ja i członkowie mojej kadry. Dwa razy dziennie kontaktowałam się ze strażą pożarną — rano i wieczorem. Rozmawialiśmy o prognozach, sytuacji w lesie, liczbie uczestników, namiotach i przygotowaniu obozu.
Ostrzeżenie o burzach dostaliśmy już w piątek. Najtrudniejsza sytuacja miała przypaść mniej więcej między 2.00 a 11.00.
Od 1.00 w nocy nie spałam. Czekałam i obserwowałam rozwój sytuacji.
Byliśmy przygotowani. Wcześniej przeprowadziliśmy kilka własnych ćwiczeń ewakuacyjnych, również dodatkowo ćwiczyliśmy je.ze strażą pożarną i policją. Uczestnicy znali procedury. Wieczorem kładliśmy się spać z przygotowanymi plecakami ewakuacyjnymi pod ręką.
O 4.15 przyszła burza. Kilka bardzo mocnych wyładowań, deszcz, ale bez dramatycznego wiatru.
Rano rozpoczęliśmy dzień normalnie, choć ze względu na pogodę i bezpieczeństwo zrezygnowaliśmy z zaplanowanych zajęć przedpołudniowych. Większość uczestników wysłaliśmy na oddalona baze do stołówki — film, zajęcia integracyjne.
O 11.00 odetchnęłam. Zgodnie z prognozami najgorsze miało być już za nami.
Nie było.
Około 12.15 zerwał się potężny wiatr.
Na terenie obozu zostało jeszcze kilku wędrowników i harcerzy starszych, bo właśnie zwijaliśmy bazę. Wtedy podjęłam decyzję: ewakuujemy się.
I nagle wszystkie wcześniejsze ćwiczenia przestały być ćwiczeniami.
Najpierw znaleźliśmy schronienie w młodniku. Siedząc tam, moknąc razem z grupą ludzi, którzy — ku mojej ogromnej uldze — dokładnie wiedzieli, co mają robić, wykonywałam kolejne telefony. Straż pożarna, policja, moi przełożeni w harcerstwie. Telefony przychodzące, wychodzące, pytania o uczestników, sytuację, zagrożenie i nasze dalsze decyzje.
Dopiero kiedy sytuacja trochę się uspokoiła, mogliśmy przejść do właściwego miejsca ewakuacji.
Bo jako komendantka musiałam odpowiedzieć na najważniejsze pytanie: co dalej?
Uczestnicy byli bezpieczni. Udało mi się zatrzymać wóz straży pożarnej, który znalazł się w lesie w związku z innym zgłoszeniem. Razem ze strażakami weszłam na teren naszego obozu.
Obejrzeliśmy teren, namioty i drzewa. Strażacy nie wskazali żadnych potencjalnych zagrożeń, związanych z dalszym naszym pobytami tam, usunęli drzewo, które przewróciło się w pewnej odległości od naszego miejsca, i po sprawdzeniu terenu odjechali.
Ja zrobiłam zdjęcia obozu.
Chciałam pokazać uczestnikom i kadrze, jak wygląda sytuacja, żebyśmy mogli wspólnie podjąć decyzję: wracamy wcześniej i organizujemy transport czy zostajemy i czekamy na transport zaplanowany na następny dzień?
Wiatr poprzestawiał część namiotów, ale na szczęście nikomu nic się nie stało. Sprzęt można było uporządkować.
Wędrownicy i harcerze starsi zobaczyli zdjęcia, wiedzieli więc, czego mogą się spodziewać. Wróciliśmy razem na teren obozu, żeby zabezpieczyć i uporządkować nasze rzeczy.
I właśnie wtedy pojawiło się TVN24.
Reporter wcześniej do mnie dzwonił. Nie odebrałam. Nie przekazywałam lokalizacji naszego obozu. A jednak ekipa nas znalazła i pojawiła się dokładnie wtedy, kiedy po całej tej sytuacji wracaliśmy z młodzieżą do obozu.
I chyba właśnie ten fragment całego zdarzenia został we mnie najmocniej.
Wielokrotnie informowaliśmy, że nie udzielamy komentarza i nie życzymy sobie nagrywania uczestników. Mimo tego reporter pozostał na miejscu, chodził po drodze i nagrywał obóz oraz młodych ludzi wracających właśnie po realnej ewakuacji.
A ja w tym samym czasie miałam pod opieką uczestników, kadrę, obóz po wichurze, kontakt ze służbami, przełożonymi i rodzicami oraz decyzję dotyczącą dalszego przebiegu wypoczynku.
I jeszcze kamerę.
Poprosiłam o pomoc swoich przełożonych.
Jedną z moich największych ulg było wtedy to, że zdążyliśmy wcześniej przekazać informację rodzicom. Bałam się, że zobaczą materiał w telewizji, zanim otrzymają wiadomość od nas. Nasze dzieci nie miały przy sobie telefonów. To my byliśmy odpowiedzialni za to, żeby ich rodzice dowiedzieli się, co się wydarzyło, że ich dzieci są bezpieczne i jaka jest sytuacja.
Po wszystkim zostało we mnie jedno pytanie.
Gdzie w takich chwilach przebiega granica pomiędzy prawem do relacjonowania wydarzeń a zwykłą ludzką przyzwoitością?
U nas, szczęśliwie, nikomu nic się nie stało. Kilka namiotów zostało przestawionych, sprzęt wymagał uporządkowania, jedno z drzew się przewróciło. Poradziliśmy sobie.
Ale patrząc na zachowanie reportera, pomyślałam o komendantach obozów, wychowawcach, rodzicach i dzieciach, u których wydarza się prawdziwa tragedia.
Jeżeli kamera pojawia się tam równie szybko i zachowuje się w podobny sposób, to naprawdę im współczuję.
Bo podczas tego obozu nauczyłam się jeszcze jednej rzeczy.
Można przećwiczyć ewakuację. Można przygotować plecaki. Można znać procedury. Można śledzić prognozy, konsultować się ze strażą, szkolić uczestników i kadrę.
I warto robić to wszystko, bo kiedy o 12.15 ćwiczenia zamieniają się w rzeczywistość, te wszystkie wcześniejsze działania naprawdę mają znaczenie.
Ale na kamerę, która pojawia się w środku tego wszystkiego, chyba nikt nas nie przygotowuje.
A może powinien.