15/09/2016
ODKRYWAMY TALENTY !
Tematyka tolerancji nie jest obca naszym uczniom...
Oto opowiadanie napisane przez Kasię Krzemińską
Wolność
Nazywam się Byun Baekhyun i wychowałem się w rodzinie zagorzałych homofobów. Od kilku lat byłem wytykany palcami w szkole i na ulicy, poniżany przez rówieśników, a to tylko dlatego, że jestem innej orientacji. Za każdym razem kiedy wracałem ze szkoły swoje kroki kierowałem najpierw do łazienki, wyjmowałem żyletki i po prostu zaczynałem się ciąć. Chciałem jak najszybciej ze sobą skończyć, ale ktoś zawsze mi w tym przeszkadzał. Od sześciu miesięcy pracuję dorywczo w kawiarni w centrum naszego miasta. Zauważyłem, że od jakiegoś czasu przychodzi do niej wysoki, przystojny brunet o nieziemskich oczach. Nie składa zamówień... Po prostu siedzi zawsze w tym samym miejscu i mnie obserwuje. Pewnego dni zebrałem się na odwagę i podszedłem do niego złożyć zamówienie.
- Dzień dobry. Coś dla Pana?
- Kawę i Twój numer na deser.
Stanąłem jak wryty i oblałem się dorodnym rumieńcem. Poszedłem zaparzyć mężczyźnie kawy, w międzyczasie pisząc na kartce swój numer telefonu. Złożyłem papier w małego żurawia i położyłem na talerzyku obok filiżanki, po czym ruszyłem w stronę stolika, przy którym siedział brunet.
- Proszę, Pańska kawa i deser - uśmiechnąłem się słodko, wskazując małą figurkę origami.
Mężczyzna przedstawił mi się i poprosił bym usiadł. To było nasze pierwsze spotkanie, po którym umówiliśmy się na jeszcze jedno i jeszcze jedno. W końcu wyznał mi uczucia, które oczywiście odwzajemniłem.
Byłem z Park Chanyeolem już dwa miesiące i do tej pory nie wspominałem o tym rodzicom, mimo że starszy nalegał, że to już najwyższa pora powiedzieć im o mojej orientacji. Nadszedł ten dzień. Dzisiaj wszystko się wyda. Rodzice dowiedzą się, że jestem gejem i że mam chłopaka, którego kocham nad życie. Oczywiście nie powiedziałem im kogo przyprowadzę na rodzinną kolację. Miała być tam cała rodzina, a ja mam wyznać, że wolę facetów. No, gorzej być nie może. Cały dzień się stresowałem, przez co zbiłem dwie szklanki i matka była wściekła. Wiele razy łapałem za telefon, aby napisać do Chana, że kolacja odwołana. Chciałem stchórzyć, ale nie mogłem, przecież mu obiecałem. Nastał długo wyczekiwany wieczór. Zacząłem ubierać się w swoje najlepsze ubrania. Najbardziej pragnąłem spodobać się Chanowi, chociaż zawsze powtarzał, iż zawsze jestem idealny. Kochałem go... Za wszystko i za nic, tak po prostu. Zszedłem na dół gdzie byli już wszyscy. Czekałem już tylko na niego. Kiedy w końcu się zjawił w dobrze skrojonym garniturze, oczarował mnie swoim "firmowym" uśmiechem. Zaniemówiłem. Był taki perfekcyjny. Zaprosiłem go do środka i pociągnąłem za rękę w stronę jadalni. Weszliśmy, a wzrok wszystkich skupił się na nas, a raczej na naszych splecionych dłoniach.
- Mamo, tato, to Chanyeol. Mój chłopak.
Wszyscy oniemieli, razem z moim ojcem. Natomiast mama wstała, podeszła do mnie i siarczyście uderzyła w policzek. I właśnie tak zaczęła się wojna. Od razu wyrzuciła Chanyeola z domu i zaczęła krzyczeć, że nie tak mnie wychowała. Stwierdziła, że powinni mnie zamknąć w jakimś ośrodku i wyleczyć z tego pedalstwa. Zakazała mi spotykać się z chłopakiem, co zabolało. Byłem zawiedziony postawą rodziców, ich brakiem akceptacji. Załamałem się, całymi dniami leżałem w łóżku. . Zjeść wychodziłem tylko w nocy kiedy wszyscy domownicy spali. Park zapewne dzwonił do mnie wiele razy ale jak mogłem się z nim skontaktować bez telefonu i ze szlabanem na wychodzenie z domu? Nie mogłem i nie chciałem tak żyć. Każdy dzień bez Chana zabijał mnie coraz mocniej. To wszystko tak bolało. Pewnego dnia naszła mnie taka myśl: "a gdybym się zabił ? Czy ktoś by za mną płakał ? ". Całymi dniami się ciąłem, jadłem przypadkowe tabletki i nic nie chciało mnie zabić. Po około dwóch tygodniach kary nie miałem już sił na nic. W nocy nałożyłem na siebie ubrania, które miałem na sobie podczas pamiętnej kolacji i wyskoczyłem przez okno na parterze, kierując się w stronę domu Chanyeola. Wrzuciłem mu do skrzynki list, w którym napisałem jak bardzo go kocham i żeby się o mnie nie martwił, bo mam się dobrze. Poszedłem na ogromny most i ze łzami w oczach skoczyłem z niego prosto na drogę znajdującą się pod nim. Okropny, ale chwilowy ból i ciemność...
Przed lustrem stoi wysoki chłopak, który stara doprowadzić się do porządku. Jego oczy są zaczerwienione i strasznie podpuchnięte, a na policzkach wciąż można zobaczyć ślady po łzach, które wylewał nieustannie przez ostatnie trzy dni. Właśnie nieudolnie zawiązuje czarny krawat, pasujący kolorem do garnituru. To dziś jest dzień, w którym po raz ostatni może pożegnać ukochaną osobę. Dzień, w którym jego serce już na zawsze przestanie bić dla kogokolwiek, bo zostanie pochowane wraz z jego ukochanym. Jego miłość życia odchodzi, a on nie może nic z tym zrobić. Ta bezsilność jeszcze bardziej go wyniszcza. Wziął w ręce bukiet białych róż i ruszył na cmentarz. Mimo, że rodzice zmarłego nie chcieli, a wręcz zabronili mu tam przychodzić, chłopak nie mógł tak po prostu spokojnie siedzieć w domu. Podszedł do świeżego grobu i położył na nim bukiet róż szlochając i szepcząc:
- Śpij aniołku... Kocham Cię... W ten sposób nareszcie będziesz wolny...
-------------------------------------------------------------------------------------------
Imiona i nazwiska wzięłam od członków ulubionego zespołu z Korei