01/03/2026
🦠 Wirus na pokładzie, czyli infekcja w spektrum
Zwykłe sezonowe przeziębienie, które dla wielu osób oznacza kilka dni w domu i powrót do codziennej aktywności, w moim życiu przypomina tornado, zostawiające po sobie wymagający opanowania chaos i wyczerpanie. Wiem, że choroby nie da się zaplanować. Nie zmienia to jednak faktu, że infekcja u osób w spektrum piętrzy kolejne wyzwania i dezorganizuje życie.
🩺Akt pierwszy – U lekarza
Na początek konieczność kontaktu z lekarzem. Tym razem był szczególnie trudny, bo w formie teleporady w ramach nocnej i świątecznej pomocy medycznej w sobotni poranek. Nie mogłam więc zastosować moich strategii i poza rozmową o bieżącym problemie musiałam także poinformować o moim ogólnym stanie zdrowia – chorobach przewlekłych, stale zażywanych lekach itp. W gabinecie, jeśli jestem u danego lekarza pierwszy raz, tę część ogarnia za mnie stosowne zaświadczenie o stanie zdrowia wystawione przez moją Panią Doktor.
Potem rozmowa o objawach – "Co boli? Od kiedy? Jak bardzo?" I wiele innych. Wśród tej litanii pytań precyzyjnie jestem w stanie podać jedynie pomiar temperatury, saturacji i wynik testu na wybrane infekcje wirusowe. Bo jak mam określić ból w skali od 0 do 10, kiedy nie wiem, co wyznacza te granice i jak porównać ból gardła uniemożliwiający przełykanie z bólem zęba czy skręceniem stawu? W tym miejscu chcę zaznaczyć, że Pan Doktor naprawdę starał się mnie zrozumieć oraz był pomocny i zaangażowany. W końcu, mimo trudności komunikacyjnych, ustaliliśmy, co mi dolega, dostałam receptę i listę zaleceń.
💊Akt drugi – Leki
Zamiast znanych i „oswojonych” już leków, które miałam dotychczas przepisywane przy infekcjach, pozwalających ogarnąć kwestie zażywania w przeciągu kilku minut po zajrzeniu do zachowanych notatek, dostałam zupełnie nowe specyfiki. Kilkadziesiąt minut, które zajęła mojej Mamie wizyta w aptece, nie zdołało mnie mentalnie przygotować na lekturę ulotek, zapowiedzianą pośród zaleceń słowami: „to zażyć dwa razy, tamto trzy, a owamto jeden lub dwa, kiedy…”. Próba uzyskania bardziej precyzyjnej odpowiedzi skończyła się moim „ulubionym” zdaniem: „Doczyta pani w ulotce. Wszystko jest tam dokładnie opisane”.
Przeczytanie ulotki – wielkoformatowego arkusza pełnego farmakologiczno-prawniczej terminologii, zapisanego drobnym drukiem godnym uczniowskiej ściągi – przy temperaturze oscylującej około 38 stopni to horror. „To przed jedzeniem i co 12 godzin, tamto po i co 8, owamto nie później niż… I jeszcze popić dużą ilością wody” (Czyli ile? Pół litra, litr?) Po takiej lekturze mam wrażenie, że szybciej się otruję, niż wyleczę. Zwłaszcza, że trzeba jeszcze uwzględnić schemat leków zażywanych stale.
W końcu z pomocą Mamy, po przypominającej planowanie kampanii wojennej konsultacji z zaprzyjaźnioną farmaceutką, mam opracowany plan zażywania leków. Przeniesienie notatek do telefonu, żeby alarm przypominał co i kiedy połknąć wydaje się już tylko formalnością.
Na szczęście tym razem wszystko mam w małych tabletkach do łykania, bez konieczności rozgryzania, sporządzania zawiesin czy picia syropów o smaku sztucznej truskawki lub wanilii z lekką nutą pomarańczy, który po otwarciu butelki zapachem bardziej przypomina nieudolnie skomponowany płyn do kąpieli.
📆 Akt trzeci – Dezorganizacja życia
I tak z sobotniego poranka zrobiło się sobotnie popołudnie. Opanowanie sytuacji (po drodze były jeszcze telefony do pracy) oraz ustalenie nowego rytmu dnia osobom niewtajemniczonym może wydawać się sukcesem. W spektrum tak nie jest. Nowy plan... jest nowy, a przez to daleki od codziennej rutyny, do której przywykłam. Zmiana to utrata kontroli i poczucia bezpieczeństwa.
W dodatku infekcja to też brak przewidywalności. Nie wiem, jak będę się czuła po lekach, czy zadziałają i jakie skutki uboczne wystąpią (w dodatku mój mózg jeśli chodzi o przewidywania w tej kwestii, jest bardzo kreatywny), jak zareagują moje zmysły (spojler: przeważnie jeszcze bardziej zwiększoną wrażliwością, a to też nie ułatwia życia).
Infekcja dezorganizowała też moje plany na najbliższych kilka tygodni, a właściwie miesięcy. Nie mogłam poprowadzić warsztatów, na które tak bardzo czekałam. Musiałam też przełożyć zaplanowane wizyty i badania lekarskie, a tym razem także rehabilitację. To oznaczało kolejne telefony, rozmowy, wyjaśnianie i planowanie wszystkiego od początku. Na szczęście czekało mnie to dopiero w poniedziałek…
W spektrum choroba nie kończy się wraz z połknięciem ostatniej tabletki czy opróżnieniem butelki syropu. To konieczność rekonstrukcji codzienności, by wszystko wróciło na swoje miejsce, a życie znów płynęło zgodnie z ustalonym rytmem. Choć nie jest łatwo, powoli działam i widzę pozytywne rezultaty.